Opublikowano: 1 grudnia 2013 o 09:25

10 (albo i więcej) prostych sposobów na bezbolesne przygotowania świąteczne.

boże narodzenie

Temat może się wydawać trywialny, szczególnie, że często uderzam w mocną nutę komunikacji międzyludzkiej, związków i w ogóle podejścia do życia.  Tymczasem są i badania i doniesienia zupełnie nienaukowe (czytaj: koleżeńskie narzekanie), które mówią o tym, że okres przedświąteczny jest dla ludzi OGROMNIE stresujący.

Nie wiem jak Wy, ale ja naprawdę lubię okres przedświątecznych przygotowań, kupowania prezentów itd.. Nie zaczynam  świąt Bożego Narodzenia jak moja przyjaciółka z crustanddust – tuż po Wielkiejnocy :-), ale czas przedświąteczny ma dla mnie wiele uroku. Nie zawsze tak było. Pamiętam, że jak jeszcze mieszkałam z rodzicami, to atmosfera tuż przed Wigilią była co najmniej duszna (trzeba sobie powiedzieć, że ta duszność była mocno związana z naszym (mam brata) oporem przed “byciem maksymalnie użytecznym”). Kiedy stałam się żoną i – jakby nie patrzeć – strażniczką domowego ogniska, obiecałam sobie, że w naszym domu będzie inaczej.

Chcemy unikać stresu, bieganiny i bezsensownych kłótni. Jednocześnie chcemy mieć poczucie, że świętujemy naprawdę, tzn: mamy wypucowane mieszkanie, jedzenie przygotowane własnoręcznie, a prezenty kupione z “pomysłem”, a nie w ostatniej chwili. Sprawę utrudnia fakt, że jesteśmy rodzicami wyjątkowo ruchliwego prawie dwulatka, przy którym nie za wiele da się zrobić (chyba, że akurat śpi).

Chciałam się z Wami dziś podzielić naszymi pomysłami na organizację przedświątecznego czasu (piszę: naszymi, bo z mężem tworzymy tandem w tym względzie) tak, żeby w Wigilię nie ryć nosem po ziemi i nie spoglądać wilkiem na domowników, z którymi użeraliśmy się ostatnie kilka dni o byle co. Podzieliłam przygotowania na “moduły” – jak ktoś woli anglojęzyczny termin – streamy,

 

1. Sprzątanie.

Nienawidzę tego robić. Nie cierpię okrutnie. Nie zmienia to jednak faktu, że lubię mieć wypucowaną glazurę i poukładane książki (choć dwa razy do roku). Co więc zrobić, żeby się nie narobić?

  •  już teraz zaplanuj co w ogóle jest do zrobienia i kiedy może zostać zrobione najwcześniej (tak tak – bo jak zaplanujesz “najpóźniej”, to noc 23/24 grudnia spędzisz w towarzystwie środków czystości). Wiadomo, że kuchnię zmywamy na koniec, po tym jak zalejemy podłogę barszczem, wysypiemy część kutii, a karp wybuchnie. Ale lodówkę można  rozmrozić i umyć wcześniej, tak samo glazurę w łazience (Nie rozmrażać. Tylko umyć). Czyszczenie mebli i dywanów, pranie firanek, czy też mycie okien (dla hardcorowców którzy zimą myją szybciej, niż zamarza woda w wiaderku) to też są rzeczy, które mogą mieć tygodniową karencję. Ja wychodzę z założenia, że sprzątam tydzień przed świętami, a tuż przed – raczej gotuję i ewentualnie sprzątam drobiazgi.
  •  jeśli mieszkasz z rodziną, zaplanujcie wspólnie (z wyprzedzeniem), co, kto i kiedy zrobi? Można nawet wydrukować kalendarz (tylko na grudzień :-)) i powiesić na lodówce. Każdemu wpisać zadania na dany dzień lub tydzień, żeby niełatwo było się wymigać.
  •  na koniec największego sprzątania wyznacz sobie nagrodę (wiem, wiem, że to pies Pawłowa i szczur Skinnera i Bóg wie jeszcze jakie zwierzę – na ludzi też działa). Można pójść do kina na świąteczny film, uraczyć się szklaneczką grzanego wina, wybrać się na świąteczny rynek (są takie w Warszawie, we Wrocławiu, w Gdańsku   – na zdjęciu przy poście mój ulubiony – w Wiedniu).  Cokolwiek, co będzie budziło choć szczątki motywacji.

 

2. Gotowanie

To akurat mój ulubiony stream projektu ” święta”. W tym roku mam już menu od tygodnia. Proponuję następujący plan działania:

  •  przejrzeć ulubione blogi kulinarne, książki kucharskie, przepiśnik babci z Wilna. Zaplanować, co zamierzamy w te święta zrobić. Uwzględnij dwie rzeczy: 1. ludzie jedzą mniej niż przeciętnej wielkości słoń; 2. nie, nie będziesz mieć ochoty na dania wigiligjne przez następne pół roku, więc nie ma sensu robić 10 karpi.
  •  jak już masz menu, to na jego podstawie zrób listę zakupów. Część rzeczy może poleżeć w szafce nawet z miesiąc, więc bez szkody można kupić bakalie,  mąkę, cukier, grzyby suszone i jakieś tam inne. Pozostałe, mniej trwałe rzeczy, też zaplanuj. Zapisz sobie, kiedy masz je kupić, żeby nie szukać maku w Wigilię.
  •  zaplanuj co i kiedy zrobisz (tak tak – znów zaplanuj). Piernik i keks mogą sobie poleżeć (będą nawet smaczniejsze), uszka (jeśli kto lepi sam) lepsze są mrożone niż zupełnie świeże, więc śmiało możesz je zrobić jeszcze dziś (wyobrażam sobie, że właśnie rzucasz wszystko i pędzisz do kuchni – powodzenia!).
  •  podziel się kulinariami z domownikami jeśli masz takich, co to udźwigną. Jeśli nie – przerzuć na nich więcej sprzątania grożąc, że będą jedli kupne pierogi i barszcz z prochu.

 

3. Kupowanie prezentów.

Do tej części świąt szykuję się dzielnie od grudnia do grudnia. Jak? Zapisując sobie wszystkie pomysły, które wpadają mi do głowy. Potem przed świętami tylko odpalam listę i kupuję. W tym roku stan na dziś jest taki, że brakuje mi tylko prezentów dla dwóch osób (spośród 8 obdarowywanych). Chyba najbardziej się cieszę, że uniknę przedświątecznego tłoku w sklepach. “Jingle bells, Batman smells” – można dostać kota.

Pomysły usprawniająco-oszczędzające:

  •  zakupy przez Internet: jeśli ma się listę, to nie ma nic prostszego – pamiętaj tylko, że bezpieczna jest pierwsza dekada grudnia, potem paczki gina w trójkącie bermudzkim skąd wyskakują w połowie stycznia mniej więcej. Mechanizm ten nie został do końca zbadany. Może mieć jakiś związek z odkładaniem wszystkiego przez wszystkich na ostatnią chwilę.
  •  zamawianie zbiorczo np.: ze znajomymi. Nie dość, że darmowa wysyłka najczęściej jest od jakiejś kwoty, to czasem jest też taniej dla “grup zorganizowanych”
  •  samodzielne wykonywanie prezentów: ja preferuję kulinaria, więc najczęściej robie praliny. Znam ludzi, którzy robią też przetwory i spirytualia (urocze słowo).
  •  nie kupuj wszystkiego na raz (chyba, że masz listę) tylko rób wycieczki do sklepów na krótko np.: zaraz po pracy. Nie zdążysz się wściec i nakupić badziewia.

Może się wydawać, że to armata na wróble z tym planowaniem świąt. Wierzcie mi –  uczucie, kiedy w Wigilię rano okazuje się, że wystarczy ubrać choinkę, nakryć do stołu – absolutnie bezcenne. A co więcej, daje nam czas dla rodziny. Czyli ten, którego najczęściej mamy najmniej.

Zaangażujcie swoich domowników, zróbcie plan, nanieście go na kalendarz i cieszcie się wspólnym przygotowaniem do świąt. A w Wigilię, kiedy okaże się, że nie wpadacie nosem w kompot z suszu, pomyślcie ciepło i o mnie.

 

Ps. No dobra. Nie byłabym sobą, gdybym nie dodała jakiegoś umoralniacza na koniec. Najważniejsze w tym całym procesie wydaje mi się robienie go wspólnie z rodziną. Nie chodzi tylko o planowanie – chodzi o wspólne planowanie, wspólne decydowanie i angażowanie w prace domowe (dla odróżnienia od: jak co roku zrobię wszystko sama, poświęcę się bezgranicznie, nikt inny nie zrobi świąt lepiej niż ja, a ci kosmici, z którymi mieszkam mają dwie lewe ręce do wszystkiego). Nic tak nie pogłębia partnerstwa w związku jak zabijanie karpia ramię w ramię lub pastowanie podłogi kolano przy kolanie. I dzieciaki sporo się uczą kiedy widzą, że można coś zaplanować, podzielić się obowiązkami, zrealizować, a potem wspólnie świętować efekty.