Opublikowano: 9 lutego 2013 o 10:25

3 fatalne błędy, które popełniamy w związkach.

konflikt
Dość często się zdarza, że rozmawiam z ludźmi o ich relacjach. Bywa, że są to sytuacje, w  których jedna strona zastanawia się: “Czy ja na pewno chcę z nią/nim być”. Pytam o to, co powoduje, że się zastanawiają. I ludzie przytaczają historie, które pokazują pewne podstawowe błędy w komunikacji. O co chodzi? O momenty, w których zamiast mówić prawdę, przyjmujemy jakieś ukryte założenia i zachowujemy się zgodnie z nimi. Skomplikowane? Może. Ale jakie powszechne.

Podaję wam przykład z własnej historii “związkowej”. Przez jakiś czas żyliśmy z moim mężem (wtedy jeszcze niemężem) w związku na odległość. Zbliżały się moje urodziny i on zapytał, czy chcę, żeby przyjechał. Na co ja powiedziałam: “Nie kochanie. Nie ma sensu. Ja i tak zaraz przyjeżdżam do Polski. Nie ma sensu wydawać kasy”. W dzień urodzin ogarnęła mnie żałość wielka, że mój facet nie był na tyle domyślny, żeby jednak przyjechać i być ze mną w moje urodziny. Dzwonię do niego, pienię się już nieco i z wyrzutem mówię: “Są moje urodziny, a tobie nawet nie przyszło do głowy, żeby przyjechać i ja teraz jestem sama”. Na co on szczerze zdziwiony odpowiada: “Ale przecież sama powiedziałaś, że mam nie przyjeżdżać”. I ja sobie wtedy zdałam sprawę, że rzeczywiście tak powiedziałam. Oczywiście można teraz się sprzeczać: w końcu jest coś takiego jak empatia, inicjatywa i umiejętność zaskakiwania. Zastanawiałam się nad tym wielokrotnie i twardo stoję na stanowisku: “Jeśli odpowiadasz na pytanie niezgodnie z prawdą – ukrywasz swoje potrzeby – to nie masz prawa oczekiwać, że ktoś je spełni”.

Zastanówmy się krótko jeszcze nad powodami, dla których nie ujawniamy prawdy o naszych oczekiwaniach. W opisanej wyżej sytuacji przyświecał mi dość pokrętny motyw. Otóż powiedziałam “nie”, myślałam “tak” i chciałam po prostu żeby on się domyślił, że nie mówię prawdy i zrobił mi niespodziankę i przyjechał. To było coś na kształt sprawdzianu, “jak dobrze mnie zna?”. Mam wrażenie, że wiele kobiet dzisiaj stosuje tę taktykę (nie wiem jak mężczyźni – z nimi o relacjach rozmawiam znacznie rzadziej). Uważam, że to szkodliwe dla relacji. Stawiamy drugą osobę w sytuacji, w której de facto oczekujemy, że zrobi dokładnie odwrotnie niż powiedzieliśmy. Sami podważamy naszą wiarygodność. I generujemy konflikty – często się przecież zdarza, że ta druga osoba nie zdaje sprawdzianu. A my mamy pretensje.

Kolejna sprawa jest poważniejsza. I akurat tu kobiety i mężczyźni zachowują się podobnie. Sytuacja przykładowa: coś, co zrobiła druga osoba wkurzyło nas. Nagle milkniemy, robimy posępną minę. Druga strona pyta: “Coś się stało”, a my odburkujemy “Nie”. Naciskani dodajemy – “Domyśl się”. Wypowiadane słowa różnią się, ale sens zawsze jest ten sam: nie mówimy o naszych rzeczywistych emocjach w danej sytuacji. Przenosimy odpowiedzialność na drugą stronę i – co najgorsze – gramy poczuciem winy. Psychologia mówi, że to najbardziej destruktywne uczucie dla człowieka. I tu znów pojawia się ta motywacja: nie powiem o co mi tak naprawdę chodzi, zobaczymy czy się domyśli, zobaczymy czy przeprosi – niech się czuje winny/winna, niech się zastanawia.

A przecież można zareagować inaczej. Jeśli wkurzenie zalewa nas i nie chcemy tłumaczyć, kłócić się, rozmawiać – można właśnie to powiedzieć: “Zdenerwowało mnie, że po raz kolejny zwróciłaś mi uwagę przy innych. Wiesz, że nie lubię, kiedy tak robisz. Jestem wkurzony. Nie chcę teraz o tym rozmawiać”. Jasny, precyzyjny komunikat i co najważniejsze – PRAWDZIWY.

I trzecia sytuacja – trochę inna od poprzednich, ale wylądowała tutaj, gdyż wkurza mnie na równi z pozostałymi. To zachowanie obserwuję tylko u kobiet. Co nie znaczy, że mężczyźni go nie prezentują. O ile powyższe kwestie odnosiły się do “sam na sam”, to tu chcę poruszyć nasze zachowanie w towarzystwie. Jesteśmy we dwoje na jakiejś imprezie, czy spotkaniu ze znajomymi. Rozmowa dotyczy czegokolwiek – i nagle staje się przyczynkiem do narzekania na faceta w jego obecności lub do zwracania mu uwagi. Klasyka – moim zdaniem – to sytuacja, w której jesteśmy na urodzinach jakiejś dziewczyny i ona dostała od swojego faceta biżuterię, czy inną rzecz, która wydaje się nam atrakcyjna. I wtedy huzia na Józia: “A Ty mi nie dajesz takich rzeczy”, “Zobacz – tak się pokazuje, że się kogoś kocha” – to w wariancie zwracania się osobistego. Jest jeszcze jeden wariant: “Boże, jak ja jej zazdroszczę. Mój nigdy mi nie robi takich prezentów”, “Chciałabym mieć faceta, który tak o mnie dba”. Żeby nie było niejasności: słyszałam coś takiego na własne, osobiste uszy.

Rozumiem, że chcemy być tak traktowane. Sama tak chcę. Ale to można powiedzieć w cztery oczy, a nie na forum. Kiedy zwracamy komuś uwagę publicznie, jest to dla niego ogromnie upokarzające. Pamiętacie, jak w dzieciństwie ktoś na porównywał do innych dzieciaków? “Zobacz, jak Piotruś grzecznie siedzi, a Ty się ciągle wiercisz”, “Kasia ma takie dobre oceny, a Ty tylko czwórki przynosisz”, “Dostałeś piątkę minus, a Krzyś co dostał? Na pewno szóstkę”. Dostawaliście piany? Ja tak. A kilkanaście lat później serwujemy tę samą sytuację naszemu partnerowi.

Teraz będzie pompatyczny manifest: Ludzie! Błagam! Traktujmy się poważnie i z szacunkiem. Starajmy się mówić to, co rzeczywiście myślimy i czujemy. Nie zbywajmy drugiej strony, nie traktujmy jak kogoś, kto cały czas musi się “domyślać”, “zdawać sprawdziany”. Bądźmy partnerami. To nie dwanaście prac Herkulesa, ani nie szklana góra. Życie samo  postawi nas przed różnymi próbami – nie musimy ich generować.