Opublikowano: 4 lutego 2013 o 22:14

Burza mózgu – zrób to sam.

brain

Nie ma nic bardziej irytującego niż sytuacja, kiedy chcemy coś zrobić, a brakuje nam pomysłów. Pisałam o tym ostatnio. Dziś chcę pokazać Wam pewną prostą metodę, która zmusza mózg do wygenerowania idei, o które wcale byśmy go nie podejrzewali.

Określenie “burza mózgów” jest używane potocznie do opisu sytuacji, w której wiele osób siedzi i wymyśla :-) Rzeczywistość jest niestety nieco bardziej skomplikowana. Burza mózgów, to metoda pracy grupowej (choć nie tylko – jak się zaraz przekonamy), której celem jest wygenerowanie przez uczestników jak największej ilości pomysłów w jak najkrótszym czasie. Czy to ma sens? Przecież część z tych pomysłów to zwyczajne buble…

To prawda. Powiem więcej – większość z tych pomysłów do niczego się nie nadaje. Ale za każdym razem znajdzie się kilka wręcz doskonałych, które udało się “wydobyć” właśnie dzięki tej metodzie. Żeby z niej skorzystać, wcale nie trzeba być grupą. Można być jednostką :-)

Do czego może się nam ta burza mózgów przydać? Do wszystkiego :-) Za jej pomocą można odpowiedzieć na zupełnie podstawowe pytania: “o czym chcę napisać swoją magisterkę?”, “czym chcę się zajmować zawodowo?”, “co chcę ugotować na obiad w niedzielę?”, “o czym chcę pisać na blogu?”, “jak chcę wykorzystać zaległy urlop?”. I masę innych. Ja sięgam po tę metodę zawsze wtedy, kiedy myślę o jakimś przedsięwzięciu i w głowie mam totalną dziurę. Nie umiem żadną miarą sprecyzować, co powinno się w nim zawrzeć. Albo mam tak dużo pomysłów, że zupełnie nie wiem, który wybrać. Tak, czy siak – nie idę do przodu.

Jak taką burzę mózgu zrobić? W pierwszej fazie będziemy wymyślać. Siadamy przy biurku, stole czy innej powierzchni nadającej się do pisania. W dłoni dzierżymy narzędzie piszące (analogowe bądź cyfrowe – zależy z czym się lepiej czujemy). Nastawiamy budzik na np: 10 minut.  Zapisujemy pytanie: “Jak chcę wykorzystać zaległy urlop?” . I… czas start. Przez 10 minut nie robimy nic innego, tylko wypisujemy pomysły. Nic nie oceniamy, nad niczym się nie zastanawiamy. Piszemy jak wściekli, aż nam ścierpną ręce i mózg się nieco zlasuje. Przestajemy generować pomysły jak skończy się nam czas (a załóżmy go tym więcej, im bardziej skomplikowane pytanie).

Żeby nam to generowanie dobrze wychodziło – ważne jest bycie “tu i teraz”. Mamy w głowie tylko to jedno pytanie i nic więcej. Dajemy tym samym szansę naszemu umysłowi i na maksimum kreatywności. Niczym go nie ograniczamy. Niech sobie wymyśla.

Kiedy już mamy przed sobą listę pomysłów – czas na grupowanie. Część się pewnie będzie powtarzać, warto je wyłapać.  Jeśli już widzimy, że coś jest kompletnie bez sensu (może zbyt odjechane, a może – zbyt sztampowe) – wykreślamy to.

Kolejny etap, to decyzja, jakimi kryteriami będziemy się kierować przy wyborze. Wybierzmy dwa najważniejsze (nie więcej). W przypadku urlopu mogą to być np: koszty i atrakcyjność danego pomysłu.

Teraz czas na mały schemacik:

Na takim wykresiku umieszczamy nasze pomysły i już widzimy, jak mają się do siebie. Jeśli coś jest drogie i nieatrakcyjne – od razu można wywalić (chyba, że ktoś chce zadawać szyku, niekoniecznie czując z tego satysfakcję). Jeśli coś jest tanie i atrakcyjne – to świetna rekomendacja, żeby właśnie w ten sposób spędzić urlop. Oczywiście kryteria zależą od nas. Wzięłam pod uwagę koszty, bo to jedno z moich podstawowych ograniczeń. Ale jeśli to nie pieniądze ograniczają nas najbardziej – wybierzmy coś innego.

Chcemy spędzić urlop z partnerem i są problemy co do decyzji “gdzie?” albo “jak?” – zastosujmy burzę mózgów i kryteria: “atrakcyjne dla Niej”, “atrakcyjne dla Niego”. Taka operacja myślowa czasem daje zaskakujące efekty, bo okazuje się, że nie dość, że mamy mnóstwo pomysłów na ten urlop, to jeszcze w dodatku oboje będziemy zadowoleni. Kto by pomyślał? To się tak da?

Spróbujcie podjąć choć jedną decyzję wykorzystując tą metodę. Gwarantuję Wam, że wyniki Was zaskoczą. Pozytywnie.