Opublikowano: 15 marca 2015 o 19:00

Chcesz mieć szczęśliwą rodzinę? Przestań biegać.

bieganie

“Siłą naszego związku jest to, że każde myśli najpierw o sobie a potem o drugiej osobie. Tak się umówiliśmy” – opowiadałam znajomym z dumą, przytulając się do pewnego faceta. Trzy tygodnie później byłam już z innym. Jestem z nim do dziś.

Jak to możliwe, że przez bite dwa lata nie przyszło mi do głowy, że coś jest nie tak, skoro rzeczywiście każde z nas przedkłada swoje problemy/pasje/zainteresowania/obowiązki nad drugą osobę? Nie mam pojęcia. Pamiętam tylko, że ten związek to była nieustająca huśtawka. Od euforii po karczemne awantury. Boże drogi! Jaka ja byłam wtedy zmęczona…

A potem poznałam Tego Co Teraz, który ujął mnie prostą rzeczą. Dla niego było oczywiste, że każdy wolny czas staramy się spędzać razem (było to tym ważniejsze, że przez sporo czasu byliśmy “na odległość”). Nie musiałam o to prosić. Jasne, że wraz z upływem czasu spędzamy czas także osobno, ale zawsze najpierw planujemy czas wspólny, a “ochłapy” każde z nas planuje sobie.

Mam ochotę przytoczyć kilka soczystych historii moich znajomych pokazujących, że wiele par żyje dziś w iluzji, że myślenie najpierw o sobie jest OK. Nie będę tego robić, bo z dużym prawdopodobieństwem Ci właśnie znajomi będą to czytać. I może być im przykro (szczególnie tym poszkodowanym częściom par). Nie chcę tego.

Opowiem Wam więc historię ludzi, których nie znam.

Jadę sobie samochodem z moją koleżanką-położną. Jej praca polega na tym, że odwiedza ludzi, którym właśnie urodziło się dziecko. Dzwoni do niej facet (ojciec nowego dziecka) i umawia się na wizytę:
– “No żona jutro wychodzi, więc może mogłaby Pani pojutrze przyjść”.
– “Wie Pan. Pojutrze to może trochę za wcześnie. Niech żona moment dojdzie do siebie. Może za dwa-trzy dni?”
– “Nie nie. Bo to piątek i ja wyjeżdżam weekend na półmaraton do… (tu pada nazwa miasta), więc mnie wtedy nie będzie. Więc może jednak jutro?”
Kurtyna

Zagotowałam się w tym samochodzie. Facetowi urodziło się dziecko. Laska wychodzi ze szpitala po jakimś tygodniu, więc miała cesarkę albo były inne komplikacje, bo zazwyczaj wypuszczają po dwóch dniach. Jest na pewno obolała, zmęczona, niewyspana. Na pewno jest też zdenerwowana bardzo (pierwsze dziecko gdyby kto pytał). A on se wyjeżdża. Pobiegać.

Hasselt EGOISM KILLS

[Teraz, zanim wszyscy, którzy biegają, skaczą, pływają, czy też uprawiają szachy korespondencyjne, na mnie naskoczą, zrobię przypis. Tak. Istnieje prawdopodobieństwo, że się dogadali i że to dla niej nie problem, że zostanie sama z maleńkim dzieckiem na 3 dni. Albo, że będzie z nią ktoś inny, kto jej pomoże gdyby coś.]

Nawet się posprzeczałam o to z moim mężem, bo on twierdzi, że to jest OK, że pewnie się dogadali. A ja tak nie uważam. Ja uważam, że w tak niecodziennej sytuacji jaką są narodziny dziecka trzeba przewidywać i stanąć na wysokości zadania. Zostać w domu, pobyć z tą kobietą i z własnym dzieckiem. Nawet jeśli ona “pozwoliła” mu jechać. To czy on nie ma własnego rozumu? Czy ona musi myśleć za dwoje i zastanawiać się: “Hmm… może nie będzie mnie na tyle bolało. Może nie będę zdenerwowana. Może dziecko będzie spało w nocy. Dobra. Pozwolę mu jechać. Bardzo mu zależy.” A może to on powinien wdrożyć proces myślowy: “Hm… może będzie ją bolało. Może będzie zdenerwowana. Może dziecko nie będzie spało w nocy i trzeba je będzie na zmianę nosić. Zależy mi na tym biegu, ale spoko. Tym razem ODPUSZCZĘ.” Ha! Nie takie trudne, prawda?

Może ja przewrażliwiona jestem. Ale sporo moich koleżanek opowiada historie swoje albo swoich znajomych, w których pasja faceta (TAK – faceta) przysłoniła mu kompletnie fakt, że ma do cholery rodzinę.

I tenże facet trenuje jak wściekły poświęcając na to cały swój wolny czas. Nie ma go za dużo, bo pracuje (na specjalistyczny sprzęt do sportów ktoś musi zarobić), więc dla rodziny nie zostaje już nic. Jeśli kobieta stawia mu jakieś zarzuty słyszy coś w stylu: “No bez przesady, przecież to dla mojego zdrowia” ew: “Muszę mieć czas na swoją pasję” itd.

[Tak. Istnieje prawdopodobieństwo, że są rodziny, w których kobietom coś padło na mózg. Ja takich nie znam, więc o nich nie piszę. Prawidłowości będą jednak takie same, niezależnie od tego, komu na ten mózg padło.]

Wiecie? Mam wrażenie, że w kwestii naszej pasji i rozwoju, to świat stanął na głowie. Jak nie rozwój zawodowy, parcie na karierę za wszelką cenę i praca po 12 godzin na dobę (jak nie więcej), to mordercze wielogodzinne treningi, których nie powstydziłaby się kadra olimpijska. Tak, jakbyśmy zatracili umiejętność robienia czegoś tylko dla swojej przyjemności albo po prostu dla pieniędzy (pracę mam tu na myśli). Jak nie osiągamy maksimum w tym, czym się zajmujemy, to mamy wrażenie, że nic nie robimy. Skąd nam to przyszło do głów?

swan

Nasi bliscy cierpią na tym okrutnie, bo tracą nas z oczu. I – co najgorsze – zaczynają mieć poczucie, że są dla nas na fafnastym miejscu, bo najpierw praca, potem trening, a potem prysznic i sen. Na nic więcej nie starcza czasu. Ani chęci niestety.

Jak wiecie, nie lubię jałowego narzekania. Więc na zakończenie tej tyrady, kilka pomocnych – mam nadzieję – wskazówek.

Jeśli jesteś stroną biegającą:
Rozumiem, że ruch jest dla Ciebie ważny. Nie musisz jednak trenować 7 dni w tygodniu. Jeśli to robisz, najprawdopodobniej od czegoś uciekasz. Albo od problemów w pracy albo od problemów w domu. One Cię i tak dopadną. Bądź tego pewien. Jeśli usiłujesz sobie z czymś poradzić – pogadaj z kimś bliskim (może z tą kobietą, co wiecznie czeka, aż wrócisz z treningu?). Może się okazać, że zrobi Ci to lepiej, niż kolejna 20 km “przebieżka”. Nie zabraniam Ci biegać. Ale trzy razy w tygodniu wystarczy. Aaaa – jeśli masz mniejsze dzieci, to są takie “instytucje” jak wózek do biegania. Ty pobiegasz, a dzieciak się przewentyluje. Same korzyści.

Jeśli jesteś stroną niebiegającą:
1. Jeśli Ci nie przeszkadza, że go nie ma – nie rób nic.
2. Jeśli czujesz się porzucona, a cała chałupa i dzieci są na Twojej głowie – porozmawiaj z nim. Nie wrzeszcz, nie wypominaj, nie rób afery i nie wpędzaj w poczucie winy. Porozmawiaj na spokojnie. I spróbuj coś ustalić. Nie wymagaj, żeby przestał trenować. Ustalcie akceptowalne dla obojga dni i godziny. Czasem do takiej rozmowy trzeba podejść kilka razy, bo za pierwszym razem jest za dużo emocji. Spodziewaj się, że usłyszysz także zarzuty pod swoim adresem. Część z nich będzie prawdą. Więc nie zakładaj, że to tylko on ma się zmienić.

PS. Wszystko to odnosi się do biegania, skakania, szachów korespondencyjnych, fotografii, kicboxingu, wyczynowego picia piwa i czego tam sobie jeszcze chcecie.

Znasz kogoś, komu przydadzą się te wskazówki? Podziel się nimi.

photo by: