Opublikowano: 16 listopada 2015 o 10:22

Chcesz pracować bardziej efektywnie – wykorzystaj swoje emocje. Cztery niezawodne sposoby.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

No dobra. Najadłaś się zupy, napiłaś ciepłej wody (ostatnio poprosiłam na spotkaniu o kubek wrzątku, ale było zdziwko), zdrzemnęłaś się w ciągu dnia, a wieczorem poszłaś spać przed 23.00. Gratuluję Ci. Naładowałaś energią pierwszy z czterech akumulatorów.

Nie wiesz o co chodzi z akumulatorami, zajrzyj tutaj.

Pewnie wydaje Ci się, że to by było właściwie na tyle.

Zapytam Cię o coś: zdarzyło Ci się kiedyś, że byłaś najedzona i wysypana, a mimo wszystko nie miałaś siły/chęci do robienia czegokolwiek?

No właśnie. Tak myślałam.

Nie bez powodu ci ludzie z Energy Project mówią o 4 rodzajach energii. Dziś weźmiemy na warsztat drugi rodzaj – energię emocjonalną.

I teraz uważaj: kiedy mówię o “efektywnej pracy”, to wcale nie mam na myśli siedzenia w biurze. Mam na myśli: spędzanie czasu na zabawie z dziećmi (a nie na marudzeniu: “pobaw się sam, nie chce mi się budować z klocków”), robienie obiadu zamiast odgrzewania gotowca, sprzątanie (bez poczucia krzywdy, z ochotą), pisanie bloga, pisanie doktoratu, czytanie książki (a nie granie na komórce w głupią grę), słowem: wszystko, co wymaga koncentracji i siły woli. To jest dla mnie efektywna praca.

I teraz pokażę Ci moje cztery sposoby, na to, żeby emocje pomagały, a nie przeszkadzały w byciu efektywnym.

[Aha. Jeszcze coś. Wiem, że efektywny, to brzydkie słowo. Ale to dla mnie duża wartość. Lubię dni, kiedy mi się chce, kiedy z przyjemnością robię te domowe rzeczy, kiedy nie muszę się przymuszać do prostych czynności. I stąd te posty o energii, bo ja jej nieustannie szukam. Bo ja jej bardzo potrzebuję – szczególnie jesienią.]

No dobra. Koniec teorii. Teraz praktyka.

1. Znajdź swój optymalny poziom pobudzenia.
Proszę się nie śmiać. Proszę sobie nie kojarzyć. To poważna psychologia jest. Prawo Yerkesa-Dodsona, to chyba pierwsza rzecz, jakiej nauczyłam się na psychologii. Studiowałam wtedy na KULu i wykłady z psychologii ogólnej miałam od 19.30-21.00. Prowadził je taki fajny doktor. Panów Yerkesa i Dodsona tłumaczył na fajnych wykresach. Pamiętam je po 12 latach. Dobry z niego dydaktyk był. Generalnie jest tak, że jeśli jesteś bardzo zrelaksowana i spokojna, to nie będziesz pracować efektywnie. Mózg potrzebuje paliwa. Z drugiej strony jednak, jeśli jesteś w euforii albo ogarnęła Cię wściekłość, a nie daj boże – strach – to też masz przerypane. Nic nie zrobisz. Używając metafory – to tak, jakbyś do zwykłego silnika wlała nitro i odpaliła – no, kumasz?

Klucz do sukcesu leży w tym, żeby pobudzenie było “optymalne”. Co to oznacza? Nie wiem, co dla Ciebie, więc powiem Ci, co dla mnie:

– kiedy siadam do pisania posta, staram się wprawić w dobry nastrój, w podekscytowanie, że znów napiszę coś fajnego (skromność zaletą dziewczęcia) i w miarę jak piszę (a używam sporo emocjonalnie nacechowanych sformułowań), jak wrzucam żarty i wulgaryzmy, to emocje niosą mnie przez tekst. Jak mnie poniosą, to w kolejnym kroku muszę mocno redagować :-)

– kiedy robię prezentację na warsztaty, czy na jakiś referat, to wyobrażam sobie, jak to będzie stać przed ludźmi i to mówić – stres związany z faktem, że będę na środku zapewnia mi paliwo. Poza tym ja uwielbiam wystąpienia publiczne i ta miłość do nich też mnie niesie

– kiedy mam sprzątać albo gotować, to po prostu włączam fajną muzykę albo jakiś śmieszny serial w tle i już – pomaga (inna opcja – robię to jako pierwszą rzecz z rana, bo wtedy mam sporo energii z samej siebie)

Jeszcze jedną rzecz odkryli Yerkes i Dodson – im trudniejsze zadanie, tym niższy poziom pobudzenia jest optymalny. Co to znaczy? Że gotować i sprzątać możesz w euforii, ale do rozwiązania skomplikowanego problemu matematycznego albo do narysowania trudnego projektu, potrzebne Ci dużo mniej paliwa. Mózg nie może się zajmować przetwarzaniem emocji, jeśli ma się skoncentrować.

Dlatego, jak piszę doktorat albo coś innego naukowego, to nie wchodzi w grę słuchanie czegokolwiek, żadne tam nakręcanie się. Ma być cisza, spokój i ołów w tyłku (żeby dupa nie wstawała z krzesła). Jeśli jestem pobudzona bardziej niż żółw, to wtedy nic nie zrobię, bo nie jestem w stanie się skupić.

concentration

2. Bądź świadoma swoich emocji.
To, że wiem kiedy i co czuję i potrafię to nazwać, to moja najważniejsza umiejętność w życiu. Serio. Dzięki niej wiem, co mną w danym momencie kieruje. I bardzo mi to pomaga. W pracy też.
Moja promotorka swego czasu bardzo naciskała na to, żebym napisała jakiś artykuł naukowy, bo powinnam mieć publikacje. Broniłam się przed tym strasznie i kiedyś sama siebie zapytałam: “O co Ci chodzi, przecież mogłabyś usiąść i to napisać?”. I wtedy uświadomiłam sobie, że ja nie mam jeszcze nic naukowego do powiedzenia. Nie czuję się naukowcem. I nie odkryłam nic takiego, co chciałabym pokazać światu. I wiecie co? Odpuściłam pisanie artykułu. Obiecałam sobie, że napiszę z wyników doktoratu i usiądę do niego z dumą, a nie ze strachem.

Inny przykład: ostatnio siedziałam cały dzień w domu z dwójką dzieci, mąż był w pracy, a na zewnątrz był huragan. Z wyjścia nici. Po jakichś 3 godzinach zrobiłam się niecierpliwa i zaczęłam burczeć na Dziecko nr 1 o byle co. Usiadłam, zastanowiłam się chwilę i doszłam do wniosku, że jestem po prostu zła. Zła, że jest brzydka pogoda, zła, że zostałam z nimi sama, zła, że nie zrobię dziś nic ze swoich “pracowych rzeczy”. I co? I nico. Nazwałam to sobie. Powiedziałam o tym mojemu dziecku. I dalej siedziałam z nimi na dywanie. Tylko burczenie łatwiej mi było kontrolować. Kiedyś napisałam post o współczuciu. Myślę, że to jeden z mądrzejszych tekstów na tym blogu. Przeczytaj go koniecznie.

3. Uważaj na prawo Murphiego.
Tak na wszelki wypadek, przypominam Ci trzy prawa, które rządzą naszą rzeczywistością:
I. Jeżeli coś może się nie udać – nie uda się na pewno.
II. Nie uda się nawet wtedy, gdy jednak nie powinno się nie udać.
III. Wszystko wali się naraz.

Dwa tygodnie temu zdarzyła mi się rzecz straszniście straszna. Okazało się, że płatność kartą kredytową nie dotarła do odbiorcy i w związku z tym mój osobisty mąż nie dostanie prezentu na urodziny (a był starannie wybrany i zamówiony z odpowiednim wyprzedzeniem – prezent, nie mąż, rzecz jasna). Dobre dwie godziny zajęło mi odkręcenie wszystkiego w banku. Jak już wyjaśniłam wszystko, co się dało, to byłam tak zmęczona i sfrustrowana, że tylko wyć. No i wycie nastąpiło. Nie moje niestety. Dziecko nr 2 dawało upust swojej frustracji. I wtedy pomyślałam sobie: “Boże. Co za beznadziejny dzień. Nie dość, że ta sprawa z płatnością, to jeszcze ta się wydziera jak zarzynane prosie. Ciekawe, co jeszcze dziś pójdzie nie tak?” A potem znowu pomyślałam (to już dwa razy w ciągu jednego dnia!), że gdyby nie ta historia z bankiem, to na ryki mojej córki nie zwróciłabym uwagi. Ot ryczy bo ryczy. Nic nadzwyczajnego. I jestem głęboko przekonana, że m.in. z takiego podejścia biorą się tzw. “czarne serie”. To nie jest tak, że wszystko idzie nam źle. Idzie źle jedna rzecz, a pozostałe interpretujemy w jej świetle. Więc jeśli przychodzi Ci do głowy myśl: “co za dzień, wszystko idzie beznadziejnie, na pewno nic mi się nie uda” wiedz, że to zabójca dla Twojej efektywności, a w dodatku z rzeczywistością nie ma nic wspólnego. Powspółczuj sobie trochę, a potem “popraw koronę i zasuwaj”. To najlepszy lek na prawa Murphiego. Serio.

Smurfy's Law

4. Praktykuj wdzięczność.
Już się chwaliłam nie raz i nie dwa, że jestem wierząca, prawda? Wiele lat jeździłam na oazy, dużo się modliłam, czytałam Pismo Święte (tak, dobrze widzisz, tu jest czas przeszły – nie jestem z tego specjalnie dumna, może nawet o tym napiszę więcej przy okazji energii duchowej). Wiele cytatów do dziś dźwięczy mi w głowie, szczególnie, kiedy mi trudno. Jednym z nich jest cytat z Listu do Kolosan (Kol 3, 15) “I bądźcie wdzięczni”. Koniec cytatu.

Kiedy brakuje mi energii emocjonalnej, kiedy mam poczucie, że “wszystko się wali”, “nic się nie uda”, kiedy czuję się jak źle usmażony naleśnik – wtedy praktykuję wdzięczność. To moja ulubiona pozytywna emocja. W niedzielę mój mąż zrobił obiad, a ja w tym czasie mogłam pooglądać bajki z Dzieckiem nr 1 – tak się poczułam wdzięczna, że aż się wzruszyłam. On stoi przy garach cały tydzień i w niedzielę mógł już nie mieć ochoty. I może nie miał. Ale mimo wszystko to zrobił.

Usypiam Dziecko nr 1, a Dziecko nr 2 wydziera się w ramionach taty, jakby ją kto ze skóry obdzierał. Dziecko nr 1 mówi – “Mamo. Idź do niej. I zawołaj do mnie tatę. Ona strasznie płacze.” I mnie zalewa wdzięczność wtedy, bo przecież nie musi – mógłby ją zignorować.

A mój ulubiony powód do wdzięczności jest taki, że jesteśmy wszyscy zdrowi, mamy pracę i wystarcza nam pieniędzy od pierwszego do pierwszego. To jest moja afirmacja, która wyciąga z najczarniejszych dołów. Serio.

No to tak. To moje cztery sposoby na emocjonalne paliwo do efektywnej pracy. Sprawdzają się jak złoto.

Prośba do Ciebie: podziel się postem ze znajomymi, bo inaczej nie dowiedzą się, jak sobie zrobić w życiu lepiej. Ja im wszystkim nie powiem, bo fejsbuk nie ma opcji: “pokaż wszystkim ludziom, którzy rozumieją po polsku” – musisz mi pomóc. Dziękuję!

A jak się chcesz przyczynić do wzrostu ogólnej ilości dobra we wszechświecie, to możesz podzielić się swoimi sposobami na paliwo.

photos by: &