Opublikowano: 28 listopada 2014 o 09:19

Chcesz zjeść ciastko i mieć ciastko? Czyli: dlaczego hejtujemy?

SONY DSC

“Nie żartuj. Chcecie mieć trzecie dziecko?!” – patrzę na moją kumpelę z niedowierzaniem. W myślach się wściekam: laska nie ma pracy od lat, mają trudności finansowe, małe mieszkanie, w ogóle po co im kolejne dziecko? Żeby jeszcze wpadli… ale nie… planują.

“Daj spokój. Odpuść sobie te studia podyplomowe. Pracodawcy na to nie patrzą. Patrzą na doświadczenie. Zrób w tym czasie jakiś projekt, nawet jako wolontariusz. Na cholerę Ci teraz kolejny magister?” – tym mniej więcej tekstem poczęstowałam koleżankę, która podzieliła się ze mną (pewnie ostatni raz :-() swoimi planami edukacyjnymi.

W obu tych sytuacjach (pamiętam to dobrze) czułam, że zalewa mnie złość. Nie umiałam kompletnie zaakceptować tego, że ktoś ma ochotę na coś innego niż ja uważam za: słuszne/dobre/właściwe/pożądane, czy jakie tam jeszcze chcecie.

Możecie mi wierzyć albo nie, ale na co dzień nie jestem taką świnią. Wtedy jakoś dałam się ponieść. Ta ilość negatywnych emocji zdziwiła mnie samą i postanowiłam zerknąć na to, skąd one właściwie są. Dlaczego tak bardzo mnie wkurza, że ktoś chce mieć trzecie dziecko, a ktoś inny idzie na studia podyplomowe? Ki diabeł?

Co do zasady: uważam, że duże rodziny są super, a wykształcenie bardzo ważne. Czemu sama sobie zaprzeczam? Zdałam sobie sprawę, że mam problem z tym, że ktoś chce mieć trzecie dziecko, a MI się nie chce, bo to tyle pracy, wysiłku, nieprzespanych nocy i – co dla mnie bardzo trudne – poświęcania swoich ambicji i planów zawodowych. Studia podyplomowe są drogie, trzeba jeździć do innego miasta i w ogóle się znów uczyć. Nie chce mi się odkładać na to kasy, ani podejmować kolejnych zobowiązań intelektualnych, choć w ofercie niejednej uczelni znalazłoby się coś, co mi idealnie pasuje i na pewno by mnie rozwinęło.

I wtedy właśnie nauczyłam się o sobie czegoś nowego: ja tak naprawdę nie do końca akceptuję to, jaka jestem (a zawsze mi się wydawało, że akceptuję się w 200%). Postanowiłam wywalić sobie przed oczy swój “światopogląd”. Otóż okazało się, że lubię wygodę i nie lubię się przemęczać. Kocham mieć czas dla siebie i nie wyobrażam sobie poświęcenia się w całości rodzinie (czy pracy, czy nauce, czy czemukolwiek). Lubię mieć kasę na swoje przyjemności. Z trudnością odmawiałabym sobie czegoś, żeby odłożyć na studia podyplomowe. Lubię jeść smacznie, nie zawsze zdrowo. I tak dalej i tak dalej..

W związku z tym podejmuję jakieś konkretne decyzje. Dokonuję wyborów. Te wybory mają również NEGATYWNE konsekwencje: czasem czuję się egoistką, bo nie poświęcam się rodzinie; nie zarabiam tyle ile część moich rówieśników; nie mam najlepszych kompetencji na rynku w tym zakresie, w którym teraz pracuję; nie jestem pracownikiem naukowym uczelni; nie jestem bardzo znanym blogerem. Wybory te mają również KORZYŚCI: mam świetną rodzinę, z którą spędzam sporo czasu i dobrze się rozumiem; sporo podróżujemy – uwielbiamy to; mam kasę na przyjemności np: wizyty w restauracji, zagraniczne wyjazdy; mój blog jest regularnie czytany przez określoną ilość osób, a ja uwielbiam pisać posty; doktorat mam w toku, do końca bliżej mi niż dalej. A co absolutnie najważniejsze: czuję się szczęśliwa i spełniona (przez większość czasu :-)). Czy w związku z tym chcę coś zmieniać? NIE. Czy to znaczy, że mam oblewać innych jadem, bo przypominają mi, że moje wybory mają “drugą stronę medalu”?

I tak sobie właśnie pomyślałam, że może stąd ten wszechobecny hejt. Kiedy ktoś swoją decyzją przypomina nam, że można inaczej niż my i że to też ma dobre strony, to my wpadamy we frustrację i “puszczamy hejta”. A ta frustracja to nic więcej jak nasze odwieczne pragnienie, żeby “mieć ciastko i zjeść ciastko”. Wiecie, że tak naprawdę się nie da, prawda?

Wróćmy więc do patrzenia na nasze decyzje pod kątem tego, co dobrego niosą dla nas. A że przy okazji nie niosą czegoś innego… Z tym uczymy się sobie radzić całe życie, jak sądzę.

ps. I jeszcze jeden drobiazg. Ostatnio spotkałam się z użyciem słowa “współczuję” w kontekście, w którym nigdy bym się go nie spodziewała. To też bywa sposób na hejt: “Musisz się znów uczyć. Współczuję ci…”. Dla porządku: zarezerwujmy to słowo na sytuacje, kiedy wiemy, że po drugiej stronie jest ktoś, kto się: smuci/złości/martwi. Współczucie komuś, kto właśnie zaczął nowe studia i bardzo się nimi jara, jest – delikatnie rzecz ujmując – nie na miejscu. W to miejsce możemy powspółczuć sami sobie.