Opublikowano: 21 grudnia 2014 o 22:42

Czy na pewno jesteś gotów do Świąt?

christmas

Jakoś pod koniec, czy jeszcze nawet w połowie listopada wybuchła afera, że Lidl mówi “okres świąteczny” zamiast Boże Narodzenie i że to postępująca laicyzacja i w ogóle bojkot i nie kupujcie pasztetu z Lidla. Afera się przetoczyła, jak zresztą każda. Potem zaczęły się dyskusje, czy te choinki i dekoracje to aby nie za wcześnie i że w ogóle komercjalizacja postępuje.

Nie śledzę jakoś specjalnie tych dyskusji, nie biorę w nich udziału i co do zasady twierdzę, że każdy świętuje jak chce. Dla mnie samej oprócz Świąt, ważne jest też czekanie na nie. Czyli po prostu katolicki Adwent. Nie chodziłam w tym roku na Roraty, nie miałam w domu wieńca adwentowego, ale tegoroczny Adwent nauczył mnie dwóch rzeczy. Chciałam się z Wami nimi przedświątecznie podzielić.

1. Bądźcie wdzięczni.
Wiele badań pokazuje, że poczucie wdzięczności jest jednym z najlepszych składników naszego dobrostanu. Czyli: jeśli umiemy odczuwać i okazywać wdzięczność – czujemy się ogólnie lepiej (nawet jeśli spotykają nas w życiu trudne doświadczenia). Za co można być wdzięcznym? Za wszystko. I wcale nie trzeba tej wdzięczności kierować do jakiejś osoby. Można po prostu czuć wdzięczność Bogu, światu, czy losowi (to już w zależności od światopoglądu) za zupełnie codzienne rzeczy. Warto się nawet wprowadzić w taki “wdzięczny” stan umysłu, żeby uruchamiać tę wdzięczność zawsze wtedy, kiedy zdarza się nam w życiu coś dobrego. Albo – nie zdarza się nic złego (bo to też ważne). Na mojej codziennej wdzięcznościowej liście są bez wątpienia moje chłopaki, fakt, że jesteśmy zdrowi i że wystarcza nam od pierwszego do pierwszego (jakoś to bezpieczeństwo finansowe jest dla mnie cholernie ważne, może też dlatego, że za chwilę przybywa kolejna członkini stada, którą to bezpieczeństwo obejmie). Jestem też bardzo wdzięczna za swoje zdolności i predyspozycje, bo dzięki nim mogę robić to co naprawdę lubię i jeszcze na tym zarabiać. I jak się na coś mega wkurzam (szczególnie na coś, na co nie mam żadnego wpływu), to sobie przypominam, że jest dużo rzeczy za które jestem wdzięczna. I ten wk..rw opada.

W ciągu ostatnich kilku tygodni były też dwa momenty, kiedy mnie wdzięczność dosłownie zalała:

– Razem z paczką przyjaciół i przyjaciół przyjaciół złożyliśmy szlachetną paczkę dla trzech rodzin. Kupiliśmy mnóstwo niezbędnych rzeczy, a jednemu z dzieci zapłaciliśmy za bardzo potrzebną rehabilitację. I kiedy patrzyłam jak się dzielnie organizujemy, jak zwozimy pakunki do jednego mieszkania, jak potem kto inny je odbiera i ogarnia, to sobie myślałam, że z tymi moimi ludźmi to “kury można kraść” (wiem, że kradnie się głównie konie, ale z nimi można i kury) i poczułam się wdzięczna. Za to, że przyjaźnimy się od lat, ale też za to, że stać nas wszystkich i finansowo i “tak po ludzku”, żeby się zaangażować w pomoc innym.
– Drugi moment był na izbie przyjęć, kiedy po półtorej godziny leżenia pod KTG okazało się, że nie rodzę, tylko naciągnęłam jakieś więzadło i to ono tak mnie rypie. Wtedy czułam oczywistą wdzięczność za to, że nie rodzę :-), ale też za mojego męża, który się denerwował razem ze mną i za mojego śmiesznego lekarza, który niby sobie drwił, że panikuję, ale badania wykonywał hiperdokładne i też za to, że ta nasza nowa członkini wygląda na zdrową i że już niedługo z nami będzie tak “na wierzchu”.

2. “Swoje potrzeby schowaj do kieszeni”
Od połowy grudnia miałam już nie pracować. W ostatnich tygodniach w pracy siedziałam już jak na szpilkach. Jak na zbawienie czekałam na dni, kiedy odprowadzę rano Młodego do przedszkola, a sama usiądę do prac różnorodnych. Tymczasem już drugiego dnia mojego wolnego Pan Kolega wyświetlił 40 stopni temperatury i po dwóch dniach diagnozowania wylądował na antybiotyku. W domu. A ja z nim. Matko z córką – ale mnie krew zalewała. A najbardziej z tego powodu, że miałam tyle rzeczy zaplanowane, a zrobić mogłam niewiele. Na Młodym się nie wyżywałam (o dziwo), bo to nie jego wina przecież, zresztą on jest strasznie biedny jak musi zostać w domu, bo należy do ruchliwych egzemplarzy, które uwielbiają świeże powietrze. No ale zawsze jest mąż… Okazja była przednia, bo akurat on przed świętami bardzo dużo pracuje. Więc zamieniłam się w zawodową zołzę i trułam mu, że w ogóle to ja się tu tak poświęcam, a tu doktorat nienapisany, piernik nieupieczony, a ja taka biedna, zmęczona, w ciąży i w ogóle. I któregoś wieczoru słuchałam sobie rekolekcji adwentowych prowadzonych przez o. Adama Szustaka. I akurat tegoż wieczoru wyłuszczał on odwieczną chrześcijańską (i nie tylko chrześcijańską jak sądzę) prawdę, że warto czasem najpierw spojrzeć na potrzeby innych, a dopiero potem na swoje. I nie chodziło oczywiście o cierpiętnictwo, tylko o umiejętność powiedzenia sobie: “OK. Mam prawo do odczuwania takich, a nie innych potrzeb, ale chwilowo nie zostaną one zaspokojone. Więc może rozejrzę się dookoła i zobaczę czego potrzebują inni, żeby nie tracić czasu na mędzenie”. No, a że Adwent, rozwój duchowy i radosne oczekiwanie, to sobie pomyślałam, że spróbuję. I wiecie co? Pomogło. Przede wszystkim jak sobie powiedziałam, że dziś zrobię ile zrobię, a ile zrobię to nie wiem, bo to zależy od tego, jak Młody i o której wróci mąż, to przestałam się wkurzać i mieć to dojmujące poczucie straty. Potem wywaliłam część rzeczy z listy do zrobienia, wyszedłszy z założenia, że skoro zmieniły się okoliczności, to nie zrobić 5 ciast, tylko 3. I zamiast truć d… temu Panu, Co Ze Mną Mieszka, to po prostu się cieszyłam że już wrócił i że możemy sobie pobyć razem.

I te dwie właśnie rzeczy uznaję za owoce mojego Adwentu. Zawsze to dwie klepki więcej, które wskoczyły na miejsce. Skoro do samych świąt jeszcze 3 dni, to może zdążycie choć trochę popróbować tych “strategii”. Zaręczam, że przygotowują one do świętowania nawet lepiej niż choinka i pierniki.

A jakby ktoś chciał się jeszcze lepiej przygotować, to może też poczytać o karmieniu dzikich zwierząt. Napisałam to co prawda z okazji Wielkanocy, ale nie sądzę, żeby to coś zmieniało.

Z okazji Świąt oraz okresu świątecznego życzę Wam wszystkim wiele wdzięczności, mniej potrzeb własnych i sytego białego wilka pod choinką.