Opublikowano: 6 stycznia 2013 o 22:00

Czy naprawdę musimy stawiać sobie jakieś cele?

Have Goals (Kenilworth & Farwell)
Tak się złożyło, że w ubiegłym tygodniu moje koleżanki z pracy pisały artykuł na temat postanowień noworocznych. Ja już byłam po przemyśleniu tego tematu, bo post od kilku dni wisiał na blogu. Zaczęłyśmy więc dyskutować. Najpierw o technikaliach – jak postawić, jak zaplanować, jak rozliczyć. W pewnym momencie jednak weszłyśmy na temat, który okazał się nadrzędny w stosunku do tych postanowień – na temat wartości. Jak często zdarza się Wam postawić cel i bezrefleksyjnie go realizować? Albo brnąć w coś, co już dawno nie jest dla Was ważne? Ja do swoich najlepszych decyzji życiowych zaliczam rzucenie studiów na piątym roku. Obciążały mnie pracą niewspółmiernie do tego, co z nich miałam. Kiedyś obudziłam się w środku nocy zlana potem, bo uświadomiłam sobie, że z czymś tam na te studia zalegam. I wtedy powiedziałam: dosyć. Przeciez ja wcale NIE CHCĘ tego studiować. Kiedy zaczynałam, to jeszcze chciałam, ale zmieniły mi się priorytety. Podjęłam decyzję, przestałam cokolwiek w tym kierunku robić  i… odetchnęłam z ulgą. Wreszcie miałam czas i wolną głowę na rzeczy, które są dla mnie ważniejsze.

Oprócz ślepej realizacj celów jest jeszcze inna – ważniejsza kwestia i postanowienia noworoczne dobrze ją ilustrują. Wiele osób ma postanowienie: będę więcej ćwiczyć. Zazwyczaj ukrytym (wcale nie tak głęboko) motywem jest schudnięcie. Ale mało kto zadaje sobie pytanie: dlaczego chcę schudnąć? Jeśli nawet je sobie zadaje, to odpowiedź często brzmi: żeby się lepiej czuć. Czyli de facto naszym celem nie jest więcej ćwiczyć, nie jest nawet schudnąć, tylko lepiej się czuć. Może się więc zdarzyć, że ktoś schudł i to nic nie zmieniło – dalej czuje się źle. A gdyby wyjść od dobrego samopoczucia, zastanowić się trochę, to mogłoby się okazać, że to wcale nie o figurę chodzi. Może zasiedzieliśmy się w domu, nie widujemy się z ludźmi i czujemy się samotni? Może utkwiliśmy w pracy, która nas nie satysfakcjonuje, a my bronimy się przed zmianą? Może źle się dzieje w naszym związku, a my boimy się stawić temu czoła? A może straciliśmy kogoś ważnego i nie umiemy sobie z tym poradzić? I wymyślamy sobie cel, nad którym przynajmniej w teorii mamy kontrolę – schudnę.
A gdyby tak wyjść od postanowienia: chcę się w tym roku czuć lepiej, niż w ubiegłym. I poświęcić czas na odkrywanie tego, co sprawia mi przyjemność. Może zdrowsze jedzenie spowoduje, że będę czuć się lepiej, a może zapiszę się na taniec albo bedę chodzić na spacery.  A może czas zmienic pracę… Może muszę wcześniej chodzić do łóżka i wcześniej wstawać… Efektem ubocznym tych działań może bycź i to, że schudnę, ale nie to jest ich główną motywacją. Żyjemy w takim kulcie celów, osiągania, planowania. Rzadko kiedy zastanawiamy się nad sprawami znacznie bardziej podstawowymi – dobrym samopoczuciem, szczęściem, radością. Traktujemy je (o ironio!) jako efekt uboczny naszych działań.
Przywykliśmy myśleć, że to właśnie cele “pchają” nas w jakimś kierunku. Że jak nie będziemy mieli wytyczonego celu, to nigdzie nie dojdziemy. A to nie prawda. Przypomnijcie sobie ilu celów nie osiągnęliście w życiu. Co do niektórych pewnie jeszcze dziś czujecie się winni. Postawiliśmy sobie cel, nawet go zaplanowaliśmy, a jednak nie osiągnęliśmy go. Co nas pcha w takim razie? Odpowiedź jest prosta: motywacja. Może być różna: pieniądze, władza, chęć zasłużenia na aprobatę. Jednak najskuteczniejsza (według wszelkich badań psychologicznych, nie tylko według mnie :-)) jest ta najprostsza: przyjemność z robienia czegoś. A o tej nieszczęsnej przyjemności myślimy zazwyczaj na końcu. Stawianie celów powoduje, że jesteśmy skoncentrowani na przyszłości i w ogóle zapominamy o tym, co tu i teraz. A potem osiągamy cel, czujemy chwilową satysfakcję i zaraz stawiamy sobie kolejny – i znów męczymy się żeby o osiąnąć.
Czy to znaczy, że nie powinniśmy w ogóle stawiać sobie żadnych celów?
Zanim odpowiemy na to pytanie czas zrezygnować jeszcze z jednego przyzwyczajenia: decydowania na podstawie tego, co “powinniśmy” na rzecz tego co “chcemy”. Dokonujmy wyborów, a nie podążajmy ślepo za jakimiś regułami.
Więc stawiajmy cele jeśli chcemy je postawić, a przede wszystkim – jeśli proces ich realizacji (a nie tylko efekt) uczyni nas szczęśliwszymi. A jeśli nie chcemy celów – co w zamian?  Wspomniane przeze mnie wartości. “Chcę być szczęśliwy”, “Chcę się rozwijać”, “Chcę się czuć dobrze”, “Chcę pomagać ludziom”, “Chcę być dobrą mamą” –  i nasze działania nie są wtedy nakierowane na jakąś przyszłość – nakierowane są na tu i teraz. Robię to, co czyni mnie szczęśliwym. Robię to, co mnie rozwija.
Takie podejście nie wyklucza planowania albo robienia listy rzeczy do zrobienia. Ale zamienia cel na coś znacznie ważniejszego – na poszukiwanie szczęścia i dobrego samopoczucia każdego dnia, na życie zgodnie z tym, co uważamy za najważniejsze.
Chciałabym Wam przedstawić kogoś, to żyje według swoich wartości. W najbliższych dniach znajdziecie na blogu post mojej przyjaciółki – Magdy. Poprosiłam ją o to, ponieważ blog kulinarny prowadzony przez nią i jej męża właśnie zdobył tytuł Kulinarnego Bloga Roku (jeszcze raz: GRATULACJE!). Pomyślałam sobie, że to dobry czas, żeby napisała, jak udaje jej się łączyć role Mamy, Żony, Blogerki, Tłumaczki… i pewnie jeszcze kilka innych. Zapraszam Was jutro do przeczytania jej posta. A już dzisiaj możecie wejść na bloga Magdy i Adama: crustanddust.blogspot.com
photo by: