Opublikowano: 5 sierpnia 2013 o 11:12

Czy wzięłam na siebie zbyt wiele? Czyli rzecz o poczuciu winy…

frustration

Tak długiej przerwy na blogu jeszcze nie było. Ostatni wpis był miesiąc temu. Hańba!

Jak wiecie, bardzo nie lubię określenia, że nie miałam na coś czasu. Prawda jest  taka, że czasu było tyle ile zwykle tylko – bardziej lub mniej świadomie – postanawiałam spędzić go inaczej niż pisząc posty. Jak się z tym czuję? FATALNIE.

I dziś będzie osobiście…bardzo osobiście.

Czy znane jest Wam nieustanne poczucie winy z powodu tego, że robicie nie to, co powinniście? Albo nawet inaczej – że niezależnie od tego co właśnie robicie, to zawsze jest inna rzecz, którą lepiej byłoby robić w danym momencie. Żeby nie było tak mgliście – pokrótce opiszę Wam mój ostatni miesiąc.

Właściwie tylko kiedy jestem w biurze, to mam poczucie, że robię to, co powinnam – bo tam akurat płacą mi za konkretną robotę. Tango zaczyna się w domu. Weźmy pod uwagę same sprawy przyziemne: jeśli bawię się z młodym, to miewam poczucie winy, że nie gotuję nam sensownego jedzenia. Ja jadam ostatnio co popadnie (moja waga to widzi), on – w razie czego – ma słoiki więc pół biedy. Ale nie lubię jak moje dziecko je słoiki – a dokładniej – mam poczucie winy że je je. Staję więc w kuchni przy garach. 3 minuty później młody materializuje się przy moich nogach, dotyka gorącej patelni, płacze, nudzi się, rozwija całą rolkę folii aluminiowej, która przykleja mu się do stopy, płacze, nudzi mu się, wysypuje wszystkie patyczki do szaszłyków, jeden wkłada sobie do buzi, płacze… Efekt? Mam poczucie winy: po cholerę gotować, lepiej spędzić z nim ten czas, przecież widzę, że się nudzi. Nie lubię jak się nudzi – mam wtedy poczucie winy.

To i tak mały kaliber – młody jest dla mnie bez wątpienia najważniejszy, więc z tymi emocjami jakoś sobie radzę. A obiady gotuje mu mąż (lucky me – yay).

Ale kiedy on idzie spać, a ja siadam do komputera… To dopiero się dzieje: jeśli czytam, to czuję się źle, że nie piszę. Jeśli piszę doktorat, to z tyłu mam poczucie, że właściwie to zaniedbuję bloga. Jeśli piszę posta, to książki naukowe spoglądają na mnie ze zgrozą. A jeśli nie daj Bóg rozejrzę się po pokoju – to z wyrzutem patrzą na mnie zakurzone półki. No dobra – i moje nie zawsze pomalowane paznokcie też mają pretensje. O dawno nie ścinanych włosach nie wspomnę. One chyba już nawet zrezygnowały z walki.

Usiłuję z tego żartować, ale bywa mi ciężko. Wiele ról, to wiele momentów, kiedy mam poczucie, że właśnie wypełniam nie tę co trzeba. I zaczęłam się zastanawiać skąd to się bierze? Czemu zazwyczaj mam poczucie, że robię nie to, co trzeba? Że mój czas mogłabym w danej chwili wykorzystać lepiej. I dochodzę do smutnych wniosków.

Mam wrażenie, że w ferworze poszukiwania nowych możliwości, wykorzystywania swojego potencjałi i innych takich bzdur, straciłam do siebie zaufanie. Nie potrafię na tyle sobie zaufać, żeby uznać błahą decyzję np: o czytaniu książk zamiast pisania doktoratu za sensowną, za korzystną dla mnie. Zawsze mi się wydaje, że mogłabym wybrać lepiej. A chciałabym robić rzeczy z przyjemnością, a nie z poczuciem winy. Chyba znów brakuje mi “tu i teraz”. Może powinnam przeczytać własnego posta sprzed kilku miesięcy…

Jeśli macie jakieś pomysły, jak można sobie radzić z takim stanem – chętnie przyjmę. Bo tym razem moich mi nie wystarcza.