Opublikowano: 15 października 2015 o 12:01

Hodujmy świadomie szczęśliwych dorosłych!

szczęśliwi dorośli

Pamiętacie supernianię? Dorotę Zawadzką? Jako młoda studentka psychologii oglądałam ją z zapartym tchem. Najbardziej chyba podobał mi się “karny jeżyk”. Za złe zachowanie dziecko było izolowane na 2-3-4 minuty. Na początku oczywiście darło się wniebogłosy i wcale nie chciało dać się izolować. Ale potem działało jak złoto (przynajmniej w na ekranie działało). Myślałam sobie wtedy, że moje dzieci na pewno będę tym traktować.

Wiecie. Studiowałam psychologię. Około trzeciego roku miałam już poczucie, że wiem wszystko i że moje dzieci będą, uwaga: NAJGRZECZNIEJSZE na świecie. A wszystko dzięki cudownym metodom wychowawczym.

A potem zdarzyły się dwie rzeczy:
– urodziłam dzieci
– przeczytałam Jespera Juula i Agnieszkę Stein

I moje myślenie (w niektórych kwestiach oczywiście) zmieniło się o 180 stopni. Dobrze, że zdążyło :-)

Everything Will Change.
Brandon Christopher Warren / Foter / CC BY-NC

A oto kilka prawd objawionych, które zweryfikowało życie.

Dobry system kar i nagród to najskuteczniejsza metoda wychowawcza.
Wydawało mi się kiedyś, że dziecko, to trochę taka małpka w eksperymencie. Tu porazisz prądem, tam dasz trochę jedzenia i będzie się zachowywał jak Pan Bóg przykazał. Kiedy Dziecko nr 1 dorosło na tyle, że zaczęło mieć inne problemy poza: jeść, spać, siku, kupa i przytul (znaczy przytul dziecko, nie kupę. I nie wtedy kiedy robi.), to dotarło do mnie, że tresowanie za pomocą kar i nagród przyniesie odwrotny skutek do zamierzonego.

Opowiem Wam historyjkę:
Odpieluchowując Dziecko nr 1 uciekaliśmy się do metody “masz żelkę” za każdym razem, kiedy zdecydował się usiąść na nocnik. Potem dawaliśmy żelkę tylko wtedy, kiedy coś na ten nocnik zrobił. A potem on siadał na nocnik nie wtedy, kiedy chciał siku, tylko wtedy, kiedy chciał żelkę. A potem za siadanie chciał jedną, a za zrobienie siku więcej. Nie wiadomo, czym by się to skończyło, gdybym po prostu nie podjęła decyzji o zakończeniu eksperymentu. Wytłumaczyłam kolesiowi, że żelki były po to, żeby chciał się uczyć. A jak już się nauczył, to nie będziemy dawać żelek. Po czym stwierdziłam, że ja i tato chodzimy do toalety, chociaż nikt nam za to nie płaci. Na szczęście podziałało.

O tę samą metodę rozbili się całkiem niedawno moi teściowie, kiedy to zapowiedzieli temuż samemu dziecku, że jak zje obiadek, to dostanie coś słodkiego. No to dziecko ugryzło kotlecik, przeżuło, połknęło, po czym stwierdziło: “No. Wystarczy tego jedzenia. Czy mogę dostać czekoladę? Obiecałaś mi.” To byłoby na tyle w kwestii skuteczności metody. Czasem próbuje ją zastosować na mnie, ale ja się li i jedynie słodko uśmiecham, mówiąc: “Wiesz, że u nas w domu nie ma nagród za jedzenie. Jesz, kiedy jesteś głodny. I już.” I to zamyka sprawę.

...
Toms Bauģis / Foter / CC BY

Myślę, że wiele z Was doświadczyło sprytu dzieci właśnie wtedy, kiedy w grę wchodziły nagrody. To nie znaczy, że dzieci są cwane. To znaczy, że dobrze opanowały reguły gry i realizują swój cel: “dostać żelkę”. A im są starsze, tym lepiej im wychodzi ogrywanie rodziców.

A co by się stało, gdyby tak nagradzać dzieci za dobre zachowanie? Ano nic. Pewnie by nawet działało. Sprzątałyby zabawki, pomagałyby w domu, byłyby miłe dla rodzeństwa. Pozornie wszystko gra. Ale popatrz głębiej.

Dlaczego jesteś miła dla swoich dzieci nawet, jeśli czasem jesteś na granicy utraty cierpliwości? Czy dlatego, że dadzą Ci za to nagrodę? A może po prostu dlatego, że je kochasz i w imię tej miłości jesteś w stanie jakoś przeskoczyć swoje zmęczenie i zniecierpliwienie? I poświęcić im czas na czytanie albo bezsensowną zabawę plasteliną. Czy chciałabyś żeby Twoje dziecko było dla Ciebie miłe tylko dlatego, że pod koniec dnia chce dostać żelkę? A jak ktoś mu nie będzie dawał żelki, to co? Będzie na niego pluło?

Wydaje mi się, że istotą wychowania jest pokazanie swoim przykładem, jak warto się zachowywać i…dlaczego warto to robić. To sprawia, że dziecko przyswaja sensowne zachowania wolniej, ale za to jak już przyswoi – to na trwałe. Nigdy nie wymagaliśmy od Dziecka nr 1 żeby mówiło dziękuję. A on jest super wdzięcznym kolesiem. Dziękuje nam kiedy coś mu kupimy (np: krem, szampon albo parówki :-)), dziękuje kiedy podajemy mu jedzenie, kiedy naprawiamy zabawkę. Czasem robi to automatycznie, a czasem się rozpromienia i mówi: “Mamo. Dziękuję, że mi to kupiłaś. Bardzo mi się podoba”. Rozpływam się wtedy normalnie i mówię mu, że jest mi miło, kiedy tak mówi, bo starannie wybierałam mu tę zabawkę, czy ubranie i cieszę się, że mu się podoba. A ostatnio powiedziałam mu, że podoba mi się jego fioletowy motyl (przedszkolny rysunek) i usłyszałam: “Dzięki mamo. To dla mnie ważne”. He he :-) Dziecko psychologa. Natury nie oszukasz.

Żeby nie było. To działa też w drugą stronę. Kupiliśmy mu ostatnio samochody, które niestety połamał jak tylko dotknął. Bardzo mu było przykro, więc powiedział: “Mamo. Nie podobają mi się te samochody. Wybierałaś je i mi się nie podobają. Czy teraz jest ci miło?”. Miło mi oczywiście nie było, ale widzę, że zakumał o co chodzi z tym dziękowaniem i potrafi to zrobić, ale potrafi też tego nie zrobić i wie, dlaczego.

Jeśli krzykniesz na swoje dziecko, to ono się zdekompensuje i zawali mu się cały świat
Uwaga: ja Ci mówię: możesz krzyknąć na swoje dziecko. Ale wcale nie musisz. A kiedy możesz krzyknąć? Wtedy, kiedy już nie dasz rady. Wtedy, kiedy już nie jesteś w stanie się powstrzymać, choć bardzo się starasz. Wtedy. I TYLKO WTEDY. Nie krzycz wtedy, kiedy tak naprawdę nie jesteś zła. To manipulacja. Masz prawo do swoich emocji, ale nie masz prawa manipulować emocjami dziecka.

Jeśli krzyczysz, bo już nie dasz rady – ono to widzi. I widzi Twoją autentyczność. Dobrze byłoby, kiedy emocje już opadną przeprosić dziecko (szczególnie jeśli się przestraszyło i płakało) i powiedzieć, dlaczego się krzyczało. Ale nie mów: “Zdenerwowałeś mnie i dlatego krzyczałam” (bo to nie ono CIĘ zdenerwowało, tylko Ty SIĘ zdenerwowałaś), mów: “Zdenerwowałam się, wkurzyło mnie, że rzucasz klockami w siostrę i nie reagujesz na moje prośby i już nie wytrzymałam. Byłam tak zła, że musiałam krzyknąć”. Ja, kiedy czuję, że zbliża się ten moment mówię mojemu synowi: “Jeszcze chwila i będę bardzo krzyczeć, bo już nie dam rady się powstrzymać”. To nie zawsze działa. Zresztą – nie ma działać, ma mu tylko dać do zrozumienia, że właśnie jestem na granicy swojej wytrzymałości. Czasem sam fakt, że to powiem powoduje, że zyskuję dodatkowe dwie sekundy żeby wziąć głęboki wdech. I to wystarcza, żeby nie wybuchnąć.

Co tu jest kluczem? Dopóki pokazujesz swoje prawdziwe emocje, uczysz dziecko, że takie też można odczuwać i że można je pokazać. Kiedy krzyczysz po to, żeby je przestraszyć – manipulujesz nim. Karzesz go swoim krzykiem. A to nie o to chodzi. (to samo zresztą dotyczy strzelania fochów “na pokaz”).

Jeśli rodzice się ze sobą nie zgadzają, to dziecko dostaje rozdwojenia jaźni.
Zawsze mi się wydawało, że rodzice powinni zgadzać się we wszystkim, co dotyczy dziecka, bo inaczej ono dostanie kręćka i w ogóle się psychicznie przekręci. Bo jakże to tak? Rodzice mają odmienne zdanie? Toż dziecku się rzeczywistość zawali. Tymczasem okazało się w praktyce, że to bzdura jest. Albo powiem tak: być może są poważne kwestie, które trzeba najpierw omówić wspólnie, a potem przedstawić dziecku stanowisko rodziców (może jak dzieci są starsze to takie się pojawiają, bo u nas na razie takich nie ma). Ale w kwestiach codziennych np: czy dziecko powinno nałożyć czapkę, czy może zjeść teraz coś słodkiego albo czy może pooglądać telewizję – tu naprawdę nie trzeba uzgadniać się po kątach. Można sprawę przedyskutować przy dziecku i podjąć decyzję. Niech się młodzież uczy, że można mieć różne zdanie i że to nie katastrofa tylko norma. I że można rozmawiać kulturalnie i daje się dogadać.
Uwaga: jeśli akurat w danym dniu rozmowa Wam nie idzie i zaczynacie być przykładem tego: “Jak rozmawiać, żeby doprowadzić do karczemnej awantury z wyzwiskami.” – powiedzcie dziecku: “Synu/Córko – daj nam chwilę. Musimy to przedyskutować.” albo niech jedno ustąpi drugiemu i już. A do sprawy wróćcie jak dzieci będą spały.

Tak na marginesie: jeśli akurat tak macie, że nie potraficie niczego uzgodnić i zaczynacie się kłócić, to mogą być co najmniej dwie przyczyny:
1. Spędzacie ze sobą za mało czasu i odzwyczailiście się od rozmów i ustalania.
2. Są między Wami jakieś nierozwiązane tematy, których nie przegadaliście, i one wyskakują jak diabeł z pudełka przy każdej różnicy zdań.

W przypadku pierwszym należy zadbać o związek bardziej i nadrobić zaległości. W przypadku drugim – rozpoznać co to za temat i przegadać. Raczej nie przy dzieciach.

Istotą wychowania jest wyhodowanie grzecznego dziecka.
Najpierw rozprawmy się z tym nieszczęsnym słowem. Ręka do góry, kto potrafi mi powiedzieć, co znaczy:”grzeczny”? Bo ja nie spotkałam żadnej sensownej definicji. Na mój użytek mam taką: “grzeczne dziecko to takie, które spełnia oczekiwania osoby dorosłej”. A jakie te oczekiwania są? Ano różne: “Siedź prosto.”, “Nie ruszaj się.”, “Tańcz grzecznie z dziećmi.”, “Nie tańcz teraz, teraz czytamy.”, “Nie jedz mydła”, “Zjedz ładnie kaszkę”, “Nie bij siostry łomem” itd itd itd. A że oczekiwania są sprzeczne i dziecko czasem naprawdę nie wie, o co kaman? A to już trudno. Ma być grzeczne. I już.

Często rodzice mnie pytają: “Co mam zrobić, żeby on nie bił młodszego brata?”, “Co mam zrobić, żeby nie rzucał zabawkami?”, “Co mam zrobić, żeby zasypiał przed 21?”. Można mieć szereg pomysłów na to, jak ograniczać u dzieci te zachowania, które nas wkurzają albo są niebezpieczne dla dziecka czy dla otoczenia, ale finalnie – nie ma jednej metody, która zapewni, że dziecko będzie się zachowywało tak jak chcemy. Można byłoby wdrożyć skomplikowany system kar fizycznych i nagród w postaci czekolady, ale czy o małpkę nam chodzi?

Dobra, zaraz będzie bardzo filozoficzny kawałek, więc zanim co – obejrzyj sobie cudowny filmik o trenowaniu.

http://https://www.youtube.com/watch?v=qy_mIEnnlF4

Myślę, że hodując te nasze potomstwo warto mieć w głowie cele z różną perspektywą czasową. I zdecydować, które są dla nas najważniejsze. Powiem Wam o moich, bo to przykład, który mi najłatwiej dać. Dziecko nr 1 ma 3,5 roku – uczę go panowania nad emocjami, uczę ostrożności w kontakcie z Dzieckiem nr 2. Zależy mi, żeby nie walił na oślep zabawkami. Chciałabym, żeby w końcu chciał sam się ubrać. To tak na najbliższe kilka miesięcy.

A w długim terminie? Chciałabym wyhodować człowieka, który jest świadom swoich uczuć i emocji i który świadomie potrafi zdecydować o swoich zachowaniach. Jakie one będą – to już jego sprawa. Byle by tylko wiedział, dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej. Żeby potrafił zdecydować. Chciałabym też, żeby rozumiał korzyści z bycia autentycznym w wyrażaniu swoich emocji i potrzeb i żeby nie manipulował. Szczególnie najbliższymi.

Jak mi idzie? Podam Wam przykład: nie dalej jak przedwczoraj coś bardzo ode mnie chciał. Ja nie chciałam mu dać. Robił się coraz bardziej nerwowy, pokrzykiwał, a potem nagle z całej siły uderzył mnie dwiema rękami w twarz. I jak tylko te ręce zabrał, to się przestraszył. Rozpłakał się bardzo, od razu się przytulił i przeprosił. Liczę na to, że za kilka miesięcy, a może lat będzie w stanie się powstrzymać, ale na teraz wystarczy mi, że rozumie co i dlaczego zrobił źle. Według wszelkich kanonów – nie jest grzeczny. A ja jestem dumna jak paw – bo jest świadomy.

Uważam, że wiele ran w związkach z innymi powstaje właśnie wtedy, kiedy któraś strona nie rozumie siebie. Nie zna swoich potrzeb, boi się je wyrazić albo wyraża je w sposób krzywdzący innych. Niedobrze jest, kiedy ktoś zupełnie nie wyraża własnego zdania i nawet nie wie, jakie ono jest. Źle jest jednak też wtedy, kiedy ktoś doskonale zna swoje zdanie i wyraża je przy każdej możliwej okazji wymagając jednocześnie, żeby było bezwzględnie respektowane.

Marzą mi się moje dzieci – szczęśliwe, świadome dorosłe osoby. Fortuny po nas nie odziedziczą – niech zrobią użytek z tego kapitału.

A teraz wracamy do spraw całkowicie przyziemnych, czy raczej przysieciowych.
– jeśli jeszcze tego nie zrobiłaś, to polub Zapas Czasu na fejsbuku – znajdziesz tam ciekawostki (choć to rzecz względna, co dla kogo ciekawe) z życia mego wspaniałego oraz inspirujące (cóż za pojemne słowo!) cytaty i głupawe obrazki i filmiki, które pasjami umieszczam, bo LUBIĘ.

– a postem podziel się ze znajomymi – hodujmy świadomie szczęśliwych dorosłych!

  • Komentarze

    komentarzy

  • 8 odpowiedzi na “Hodujmy świadomie szczęśliwych dorosłych!”

    1. majka pisze:

      Świetny wpis!!!

    2. Adam pisze:

      Ciekawy temat. Nigdy nie byłem za tresowaniem człowieków, zwłaszcza tych małych, którymi się opiekujemy. Starałem się moje dziecko numer… no w sumie to jedyne więc nie ma sensu numerować. Ale do rzeczy, starałem się moje dziecko nauczyć empatii w taki sposób, że samo rozumie kiedy sprawia rodzicowi smutek a kiedy sprawia radość.

      Tylko trzeba uważać – czy to, czego oczekujemy od dziecka ma sens? Czy musi codziennie ubierać czapkę, zjadać cały obiad, iść prosto? Jeśli idziemy na plac zabaw a dziecko ma ochotę po drodze zrobić pięć kółek wokół klombu i jeszcze przyjrzeć się reklamie – nie poganiałem, w końcu i tak wyjście jest relaksacyjno-rekreacyjne. Mam wrażenie, że wiele rodziców ma z tym problem.

      Za to efekt nauki był momentami niesamowity. Dziecko w wieku 2 latek biega sobie radośnie po chodniku 15 metrów przede mną ale gdy dobiega do przecięcia chodnika z ulicą samo się zatrzymuje i czeka albo wraca. Nie dlatego, że wytrenowałem. Dlatego, że nauczyłem zauważać różnicę między tym gdzie jest miejsce na swobodną zabawę a gdzie to miejsce się kończy.

      To pytanie, które każdy rodzic musi sobie zadać – czy chcemy tresowaną małpkę czy samodzielną istotę ludzką.

      Pozdowienia

    3. Kasia pisze:

      Dziękuję Ci bardzo, że tak cudownie ubrałaś w słowa wszystko to, czym kieruję się w rodzicielstwie! Bardzo mnie poruszył ten tekst, tak doskonale wpasowuje się w moje przekonania.

    4. Kasia pisze:

      Dziękuję Ci bardzo, że tak cudownie ubrałaś w słowa wszystko to, czym kieruję się w rodzicielstwie! Bardzo mnie poruszył ten tekst, tak doskonale wpasowuje się w moje przekonania :)

    5. Magda pisze:

      Przeczytałam Twojego bloga od dechy do dechy i chciałam Ci bardzo podziękować. Wlałaś dużo spokoju w moją umęczoną duszę matki dwójki maluchów i sprawiłaś, że inaczej spojrzałam na swojego partnera.Będę na pewno często wracać do Twoich wpisów i z niecierpliwością czekać na kolejne. Robisz naprawdę dobra robotę. Pozdrawiam ciepło!

    Dodaj komentarz