Opublikowano: 3 lipca 2016 o 10:07

Jak to się stało, że przeżyłam najlepszy dzień w swoim życiu?

3229050640_ed5393886a_o

Odkąd przesterowałam się zawodowo i rozwijam własny biznes, moje dni nie są monotonne, ani powtarzalne, ani jednolite. Są pełne radości, nowości, trudności, zmęczności, złości i innych “ości”. A nie, czekaj. Nie ma w nich nudności – ani od strony nastroju, ani żołądka.

Ten jeden dzień, który chcę Ci dziś opisać, był jednak wyjątkowy. Najwyjątkowszy.

Wstałam jakoś o 5.00 i od razu usiadłam do pracy. Miałam taki plan, że skończę artykuł, który zaczęłam poprzedniego dnia. Otwieram plik z tekstem artykułu, a tam….PUSTO. Zmiany się nie zapisały. Normalnie bym chyba rozwaliła komputer, ale… zanim zalała mnie złość, zorientowałam się, że ja pamiętam, co tam ma być. A pamiętam, bo zanim go zaczęłam pisać, to obgadałam z koleżanką jego kształt. Więc po prostu napisałam sobie w tym pliku plan artykułu, kilka uwag, co do zawartości, i stwierdziłam, że skończę później. Zabrałam się za cięcie kolorowych kartek.

Przed 6.00 obudziło się Dziecko nr 2, które jeszcze karmię piersią własną. Poszłam doń mając poczucie, że plan artykułu jest, więc mogę odejść od kompa. Nie wkurzyłam się nawet, że się odrywam od pracy. (A uwierz mi, często jak muszę się oderwać, to sypię pod nosem epitetami).

Młoda przysnęła jeszcze na chwilę, więc ogarnęłam chałupę: jakieś pranie, zmywarka, zebranie walających się ciuchów. Spakowałam się na cały dzień, zabrałam – uwaga! – nawet rolki i ciuchy do jeżdżenia, wrzuciłam do plecaka coś do żarcia. Obudziłam Dziecko nr 1. Uruchomiliśmy codzienną procedurę: on ogląda, ja się myję, potem razem jemy śniadanie, ubieramy się, wychodzimy. (Do wszystkich zaniepokojonych: Do Dziecka nr 2 w międzyczasie przyszła babcia, nie, nie zostawiamy jej samej w domu).

Wpadłam do biura. Zawsze zaczynam dzień od kawy i pogawędki z ludźmi, którzy akurat są (pracuję w coworkingu 2 dni w tygodniu). Tym razem ta pogawędka była nie tylko miłym dodatkiem do kawy, ale okazją do wymiany doświadczeń i (dla mnie) okazją do pokazania tego co robię i – de facto – sprzedaży. No i bach. Mam następnego potencjalnego klienta. Najs.

Potem robota. Artykuł miał już swój plan, więc napisanie go zajęło mi jakąś godzinę. Krótkie konsultacje z osobami zainteresowanymi i już był gotowy. Bez spiny, spokojnie, przed ostatecznym terminem.

Potem jakieś bieżące tematy, oferty, kontakty z klientami. Codzienność człowieka, który zajmuje się sprzedażą (i dla siebie i dla innych). Szłam przez te zadania jak burza, bo…były dobrze zaplanowane i przygotowane. Wiedziałam co i jak, komu i kiedy. Wiedziałam z kim i po co mam się zgadać. Poszło.

W tzw międzyczasie pożarłam jogurt i jakieś płatki. Dało mi kopa, ale nie uśpiło.

Wróciłam do roboty. Przeznaczyłam godzinę na to, żeby ułożyć i spisać plan ostatniego rozdziału do doktoratu. Najpierw poukładałam kolorowe karteczki na stole (te co je rano pocięłam), a potem spisałam całość na kartkę. Dorzuciłam sobie jeszcze dodatkowe zadania, które wynikły przy okazji (żeby mi nie umknęły jak będę redagować doktorat) i już mogłam…. iść na rolki.

Poszłam nad morze i całą bitą godzinę jeździłam. Było mi dobrze i ciepło i pięknie. Mogłam sobie wyczyścić głowę, pomyśleć o dużych tematach, które przede mną, pooddychać morskim (no dobra – zatokowym) powietrzem. Wracając zrobiłam zakupy.

Wróciłam do biura na drugą część dnia pracy. Plan dyskusji trafił do komputera, a zadania na odpowiednie listy. Trochę treści trafiło na fejsa, a szkic posta do folderu blogowego. Zjadłam lunch. I skoro już się najadłam i napracowałam, to zdecydowałam, że mogę wrócić do domu.

Siedziałam sobie w tym trolejbusie, gapiłam się przez okno i wtedy do mnie dotarło, że to był idealny dzień. Pełen zamykania rzeczy, otwierania nowych tematów, pełen efektywnego działania i dobrego odpoczynku. I chociaż ja mam tak, że czasem (to chyba forma masochizmu) kocham to uczucie, kiedy wracam z pracy z bólem głowy od myślenia, kiedy padam na twarz – to jednak najbardziej na świecie kocham równowagę. A ten dzień był po prostu zrównoważony. Ot co.

A wiesz, co jest jeszcze w tym wszystkim fajne? Że ta równowaga nie wzięła się znikąd. Nie wzięła się z jakiejś dziwnej konstelacji, z jakiegoś układu planet, gwiazd, fusów czy innego ryżu. Wzięła się z mojej pracy nad sobą. I chcę Ci pokazać, z jakich elementów ta praca się składa. Co ja takiego robię, że mam takie dni? Co ja takiego robię, że żyję w równowadze, że mam czas na wiele rzeczy, że ogarniam się przed terminami, że się wysypiam, jem całkiem zdrowo i jeszcze mam czas na ruch.

I teraz – żeby nie było – ja naprawdę zdaję sobie sprawę, że większość rzeczy w życiu nie zależy ode mnie. I nawet kiedyś o tym pisałam – tutaj. Ale wiem też i widzę, jaką część mojego życia kształtuję sama. I o tym chcę Ci pisać w najbliższym czasie. Znajdź czas żeby to poczytać, zaplanuj zmiany u siebie – gwarantuję Ci, że wzrośnie Ci “Twoje szczęście”.

Niniejszym odpalam cykl: “Znajdź swoje szczęście”. Będzie o:
– relacjach z ludźmi (ale nie tymi najbliższymi, tylko tymi, których spotykamy przypadkowo: na osiedlu, w autobusie, w sklepie itd)

– słuchaniu organizmu (będę obalać mity o rytmie dnia :-))

– o odpoczynku (czyli o tym, ile trzeba odpoczywać, żeby efektywnie pracować. Uwierz mi – DUUUŻO!)

– o planowaniu, które jest esencją efektywności i może być całkiem miłe i zajmować stosunkowo niewiele czasu

– i o największym wrogu Twojego szczęścia – poczuciu, że coś musisz.

A teraz podziel się tym postem ze znajomymi. Możesz też zapisać się na listę mailingową bloga (prawy górny róg). Informacja o nowym poście przyjdzie na Twoją skrzynkę.