Opublikowano: 26 czerwca 2017 o 17:21

Jak to się stało, że zaczęłam…biegać? (i dlaczego to takie strasznie dziwne)

bruno-nascimento-149663

Sobota rano. Wstałam ok. 7.00, zrobiłam potworom śniadanie, wyjrzałam przez okno, spojrzałam na termometr. Wdziałam ciuchy sportowe i poszłam do męża do sypialni. “Idę biegać” – mówię. On otwiera jedno oko i mówi: “no jasne, idź, wczoraj przecież nie poszłaś na fitness.” Tak. Dobrze przeczytałaś. Ja poszłam biegać (i to nie był pierwszy raz).

Niedziela rano. Wstałam ok. 7.00, zrobiłam potworom śniadanie, o 9.30 byłam w drzwiach z torbą spakowaną na siłownię. Najpierw rozgrzewka na bieżni, potem serie na ręce, a potem 1h czegoś co się nazywa “płaski brzuch”, a powinno się nazywać “godzina dobrowolnych tortur zadawanych samej sobie”.

I jak tak sobie ćwiczyłam, w pierwszym rzędzie, przed samym lustrem, to sobie pomyślałam, że muszę Wam koniecznie napisać, jak to się w ogóle stało, że biegam, chodzę na fitness, regularnie miewam zakwasy, a czasem nawet – UWAGA – ćwiczę w domu.

Jeśli mnie czytasz dłużej niż pół roku, to wiesz pewnie, że nienawidzę biegać, nie cierpię wąchać dywanu oraz zajęcia fitness przyprawiają mnie o gęsią skórkę. Otóż muszę przyznać, że z tych trzech prawd objawionych została tylko jedna, wciąż nie cierpię wąchać dywanu, więc rzadko ćwiczę w domu. Za bieganiem przepadam coraz bardziej, wciąż 5 km to jest dla mnie wyczyn, ale coraz częściej się zdarza. A fitness po prostu lubię. Szczególnie ten mój osiedlowy, z kobietami w różnym wieku, w różnych kształtach, z różną wytrzymałością. Jest tak swojsko, kumpelsko, bez zadęcia.

I chcę Ci dzisiaj napisać o kilku rzeczach, które sprawiły, że z człowieka nie ruszającego się prawie w ogóle, zamieniłam się w człowieka ruszającego się planowo 2-3 razy w tygodniu. Chcę Ci o tym napisać dlatego, że z dużym prawdopodobieństwem też się borykasz z brakiem czasu/motywacji/ochoty na ruch.
Nie zamierzam Cię przekonywać do zmiany i w ogóle do tego, że Twoje życie zyska na jakości, a Twoja skóra na jędrności, a Twoje krągłości… stracą na objętości. Nic z tych rzeczy moja droga. Napiszę Ci po prostu jak to u mnie było, a Ty sobie zrób jak uważasz.

Zaczęłam się planowo ruszać dopiero jak podrosły dzieci.
No co ja Ci powiem? Po prostu. Jak dziecko nr 2 przestało mnie ssać, jak zaczęło akceptować to, że zostaje z kimś innym niż mama, jak zaczęłam przesypiać noce. Chciałam się ruszać już dawno, tylko przy małych dzieciach było mi się ciężko zabrać do sprawy. Co innego pewnie mają kobiety, które się ruszają dużo i potem mają dzieci – one nie muszą zaczynać. One wracają do swoich nawyków. A ja musiałam wyrobić nowe. A żeby o nich pomyśleć, musiało mi się zwolnić miejsce w głowie. Jak potomstwo się nieco usamodzielniło, to zrobiło się więcej mózgowego miejsca.

Zaczęłam się planowo ruszać jak zmieniłam pracę.
Tu rolę odegrały ze trzy czynniki na raz. Po pierwsze: sama zmiana pracy była tak dużą zmianą, że zmienienie czegokolwiek innego, to już nie był taki duży temat. Po drugie: do biura mam teraz 15 minut autobusem, a nie bitą godzinę, jak kiedyś. Więc fizycznie mam więcej minut do rozdysponowania. No i swoim czasem dysponuję inaczej, bo w pełni :-) No i dużo wyjeżdżam, a jak wyjeżdżam, to już tylko ode mnie zależy, jak sobie zorganizuję czas i czy zdecyduję się na ruch, czy nie. Po trzecie: sporo osób w mojej firmie się planowo rusza. Więc argument: “nie mogę o tej i o tej, bo mam trening”, to jest argument. Ludzie wiedzą, że dla nich samych to jest ważne. Więc środowisko wspiera. Nie wspominając już o tym, że czasem można gdzieś razem iść np.: moje kobiety z pracy pokazały mi czym jest wspinaczka.

Zaczynałam od form, które budziły we mnie najmniejszy dyskomfort.
Swoją przygodę z ruchem zaczynałam od indywidualnego treningu na siłowni. Musiałam okiełznać maszyny, a za nic we świecie nie chciałam się dać namówić na jakąkolwiek formę wspólnego ruchu (naprawdę byłam przekonana, że fitness to samo zło). I potem przychodziłam sobie z karteczką, na której było napisane ile i czego mam robić. Poza tym chodziłam na basen, który uwielbiam (chociaż tyle). I powolutku szło. Potem poszłam na jakieś zajęcia (nie pamiętam już czemu) i okazało się, że to jest całkiem fajne. Bo jak sama ćwiczyłam na siłowni, to się trochę obijałam, a jak zaczęłam ćwiczyć na sali, to były określone rzeczy do wykonania. A potem poszłam pobiegać. To było jakiś miesiąc temu. Tuż po tym jak obroniłam doktorat. Nocowałam akurat u moich znajomych w Krakowie, którzy mieszkają na obrzeżach, blisko wału wiślanego. I poszłyśmy biegać. I przebiegłam pierwsze 5 km w życiu. I czułam się jak młoda bogini, rusałka czy kto tam jeszcze. Więc teraz chodzę biegać sama. Nie za często, ale coraz częściej mam ochotę. No właśnie… ochotę….

Największą motywacją żeby kontynuować nie było to jak wyglądam, a to jak się czuję.
Nie wydaje mi się, żebym jakoś inaczej wyglądała. Zdaje się, że nie mam ujemnego bilansu kalorycznego (lody mogą być za to odpowiedzialne, albo pizza, raczej nie jarmuż). Za to zupełnie inaczej się czuję. Jeśli ruszam się rano, to cały dzień mam dobry humor, bo endorfiny się wydzielają i biegają tam sobie po krwi. Jeśli ruszam się wieczorem, na zakończenie dnia, to czuję się tak dobrze zmęczona. Nie wyczerpana właśnie, a zmęczona. Jeśli ruszam się w weekend, to wtedy daję sobie mocno w kość, bo wiem, że odpocznę, zdrzemnę się w ciągu dnia, dobrze zjem. Nie oszczędzam się.
Częściej się prostuję, chodzę bardziej sprężyście, jak mnie ludzie widzą, to mówią, że mam dużo energii. Zawsze miałam :-) ale ta dzisiaj pochodzi z jakiegoś innego paliwa, z zupełnie nowego źródła.

I najważniejsza zdobycz dla mnie: chyba już Wam pisałam, że traktuję moje ciało jak stojak na mózg. Wiecie co? Powoli przestaję. Zaczynam je całkiem lubić, nieźle się dogadujemy, a ostatnio w ogóle bardzo dobrze mi służy – pomaga w rozwoju zawodowym, w codziennej pracy. Już nie służy mi tylko jako “opakowanie”. Strasznie to fajne.

Zachęcam Cię bardzo do tego, żeby się jakoś zacząć ruszać. Tak jak chcesz, tak jak lubisz, tak często jak możesz. Bo kurcze to jednak robi różnicę.

Pół roku czekałam, żeby Ci o tym napisać, bo pomyślałam, że będę bardziej wiarygodna jeśli w tym swoim “ruszaniu się” wytrwam trochę dłużej niż miesiąc. Czy jestem pewna, że już na pewno zawsze wytrwam? Nie. Ale wiem, że mam to do siebie, że jak coś działa, to to robię. Długo mi zajmuje, zanim się do czegoś przyzwyczaję, ale potem jestem wytrwała. Czego i Tobie życzę.

Mam nadzieję, że Cię ten post nie zdołował. Pamiętam, jak mnie wkurzały wcześniej różne posty dotyczące aktywności fizycznej. I ja nie chcę wkurzać. Chcę ci pokazać, że na różne sposoby można to sobie ogarnąć. Teraz jest czas, żebyś sobie pomyślała, czy aby na pewno nie chcesz zacząć małymi kroczkami.

Cokolwiek nie zdecydujesz (a naprawdę masz do każdej decyzji prawo) – udostępnij post swoim znajomym. Niech oni też mogą zdecydować.