Opublikowano: 17 lutego 2013 o 17:06

Jak wsadzić kwadratową świnię w okrągłą dziurę? Rzecz o oczekiwaniach.

bajka

Może to kwestia niedawnych walentynek, a może dużej popularności postu sprzed tygodnia – sama nie wiem. Ale dziś znów będzie o związkach. Tym razem o naszych oczekiwaniach, o ich adekwatności, o reakcjach na ich niespełnienie. Słowem – o rycerzach na białym koniu i wiecznie młodych, pięknych i ponadprzeciętnie inteligentnych blondynkach.

W ostatnim tygodniu sporo rozmawiałam z jedną z koleżanek o jej związku. Sprawa raczej na serio, dwoje dojrzałych ludzi, wiedzą czego chcą, a jednak (a może właśnie dlatego) – trudno im się dogadać. Są na takim etapie, że dobrze byłoby zdecydować, w którą to ma dalej iść stronę. Zobowiązać się, czy rozstać? Na pewno nie ona jedna staje przed taką sytuacją. Co więcej – bycie w stałym, nawet sformalizowanym związku, też często stawia nas w obliczu faktu, że nasze oczekiwania są niespełnione. Co wtedy?

Najpierw odpowiedzmy sobie szczerze na pytanie: jakie ja mam oczekiwania wobec mojego parntera/partnerki? To jest pytanie, które warto sobie stawiać niezależnie od etapu na którym jesteśmy – czy to sam początek, czy “wiele lat po ślubie”. Po co je stawiać? Żeby samemu zdawać sobie sprawę, czego w związku oczekuję. Tylko jeśli sam znam moje oczekiwania, mam szansę o nich powiedzieć. Zróbmy w głowie listę (chyba mam obsesję na punkcie list) i przyjrzyjmy się jej.

Jak długa jest ta lista? Czy nie wydaje się nam za długa? Musi być: “przystojny tzn. blondyn, niebieskie oczy, wysportowany (mięsień piwny odpada), inteligentny, zainteresowany XIX wieczną muzyką brazylijską oraz tradycyjnym tańcem chińskim (czyt. tym co ja), z dobrą pracą (albo perspektywą chociaż)…, uczuciowy, rozumiejący, wspierający, umiejący mnie zaskoczyć”. “Ładna, zgrabna, zadbana, blondynka, długie włosy, nie za wysoka (żebym nie wyglądał na konusa), inteligentna (ale nie bardziej niż ja), musi umieć ugotować i zająć się dziećmi, nie narzekająca, dająca mi wiele swobody, mająca ochotę na seks wtedy, kiedy ja mam…”. Jestem zbyt sztampowa? – obawiam się, że wcale nie tak bardzo jak się wydaje. Ja naprawdę słyszę takie rzeczy od ludzi – codziennie jeżdżę 2 godziny komunikacją miejską. To dobre źródło informacji.

Jeśli lista jest krótka, to zastanówmy się – dlaczego? Czy to są moje rzeczywiste oczekiwania? Może do niektórych nie chcę się nawet przed sobą przyznać, bo wydają mi się: głupie, niedojrzałe, bez sensu, nie do zaspokojenia itd. Dobra rada: jeśli już o tym myślicie, to spróbujcie “wyłożyć” przed sobą wszystko co pojawia się w głowie – takie “nieujawnione” oczekiwania też mają wpływ na związek. Lepiej wiedzieć, z czym mamy do czynienia :-)

Czy nasze oczekiwania nie wykluczają się wzajemnie? Wiecie o co mi chodzi: “młody, zaraz po studiach, z 10 letnim doświadczeniem”. Czasem nasze myślenie o partnerze/partnerce przypomina takie ogłoszenie o pracę: “empatyczny, uczuciowy, ale męski”, “dobrze zajmie się domem, ale będzie pracować zawodowo, żeby nie była nudna”. Takie wykluczanie się oczekiwań bywa czasem przyczyną “niechcianego singielstwa”. Po prostu żaden/żadna nie jest wystarczająco dobry/dobra (zauważyliście już, że staram się używać obu form? To dlatego, że wcale nie uważam, że nierealistyczne oczekiwania to domena kobiet).

Jeśli z kolei formułujemy (wprost lub nie-wprost) wykluczające się oczekiwania wobec osoby, z którą jesteśmy w związku, to narażamy nas oboje na kłótnie, niezrozumienie i w końcowym efekcie – frustrację. My mamy poczucie, że druga osoba nie spełnia naszych oczekiwań, nie stara się itd. A druga strona czuje się wiecznie oceniana, pod obstrzałem – często kwitując: “nie wiem już czego on/ona ode mnie chce”.

Żeby nie było niejasności: uważam, że oczekiwania w związku są KONIECZNE. Nie można “nic nie oczekiwać” od partnera, to normalne, że związek to pewien rodzaj wymiany. Ale: oczekiwania muszą być adekwatne do rzeczywistości. Jeśli druga osoba jest w trakcie zmiany pracy, żyje w stresie, to nie oczekujmy od niej romantycznych gestów i spontaniczności. Jeśli nasz partner z natury jest nieśmiały, nie oczekujmy, że nagle zacznie brylować na imprezie i będzie duszą towarzystwa. Jeśli z kolei mamy przyjemność być w związku z osobą dowcipną, pewną siebie i bardzo towarzyską, to oczekiwanie, że będzie grać  z nami co wieczór w szachy może być nieco nietrafione. A my często żyjemy w jakimś naszym wyobrażeniu o tym, jaki ten partner/partnerka powinien być. I tego naszego kochanego człowieka próbujemy “przyciąć” według szablonu.

Moje podejście jest takie: wybieram rzeczy najważniejsze dla mnie i o nie walczę. Ale jak mówię: najważniejsze, to rzeczywiście są to absolutne priorytety. Oczekuję od mojego męża, że będę mogła na niego liczyć w każdej sytuacji, w której potrzebuję pomocy (nie on musi mi zawsze tej pomocy udzielić, ale ma mnie wspierać jeśli jest trudno). Drugim moim oczekiwaniem jest podział obowiązków domowych i opieki nad młodym – kiedy decydowaliśmy się na dziecko, dużo rozmawialiśmy o tym, jak ta opieka będzie wyglądała. Nasze pomysły zdały egzamin – każdy z nas ma swój indywidualny “czas antenowy” z dzieckiem. Efekt – młodemu nie robi różnicy kto go karmi, kto usypia, kto przytula jeśli się uderzy. I trzecia rzecz: wolny czas najpierw planujemy wspólnie, a co “zostanie”, to każdy z nas planuje sobie. Priorytetem jest zawsze spędzanie czasu razem. Na szczęście w tych trzech oczekiwaniach się nie rozmijamy. Ale już nie pamiętam dlaczego – najpewniej tyle o tym rozmawialiśmy, że się “uwspólniły” i są dla nas oczywiste.

Czy z czegoś zrezygnowałam? O… z wielu rzeczy… Wspólne tańce – zapomnijcie. Wspólne wyjście do filharmonii, opery – raczej odpada. Niespodzianki w stylu: “Kochanie. Jutro jedziemy do Paryża” – chyba słabo. Czasem mi tych rzeczy brakuje bo np: urodzinowy prezent kupiłam sobie w tym roku sama – mąż przelał mi potem pieniądze. Mało romantyczne – prawda? Ale coś za coś. Dziś młody postanowił o 4.30, że już nie będzie spał i chce się bawić. I to nie ja do niego wstałam… Cały ostatni tydzień dużo pracowałam i kiedy wracałam naprawdę zmęczona do domu, to czekał na mnie obiad i posprzątana kuchnia. A to są rzeczy dla mnie ważne. Inne jakoś przeżyję. I skoro je odpuściłam, to nie robię o to afer. Biorę głęboki wdech i mówię sobie: “Pamiętaj. Są ważniejsze rzeczy”.

Tak naprawdę, w tych oczekiwaniach ważne są dwie kwestie:

– żeby nie próbować wepchnąć “kwadratowej świni w okrągłą dziurę” – mamy do czynienia z człowiekiem z krwi i kości, on ma swoje wady/zalety, doświadczenia, potrzeby, większą lub mniejszą łatwość zmieniania się. Co najważniejsze – może nie mieć ochoty jakiejś rzeczy zmieniać. Może np: nie chcieć uczyć się tańczyć. I ma do tego pełne prawo.

– druga rzecz, to unikanie buchalterii związkowej, czyli takiego wypominania sobie nawzajem ile to rzeczy robię dla niej/dla niego i jak to nie mam nic w zamian. O oczekiwaniach można mówić w znacznie bardziej konstruktywny sposób – ale o tym innym razem.

 

 

 

 

  • Komentarze

    komentarzy

  • 2 odpowiedzi na “Jak wsadzić kwadratową świnię w okrągłą dziurę? Rzecz o oczekiwaniach.”

    1. Agata pisze:

      Mój chce uczyć się tańczyć :) dla nas, dla mnie i dla siebie. Dla ułatwienia życia, zdecydowaliśmy się na indywidualne lekcje – prawie jak randka. Jeśli akurat instruktor nie przytrzymuje mnie w nietypowy sposób…

    Dodaj komentarz