Opublikowano: 23 lipca 2015 o 11:02

Każdy toczy swoją bitwę.

a battle

Nie pamiętam, kiedy zaczęłam zwracać na to uwagę. A nie. Czekaj. Pamiętam.

Dobrych parę lat temu mój dziadek (który niestety nie żyje już od roku) nauczył się obsługiwać komputer. Od zawsze jarał się polityką, więc jego ulubionym serwisem była gazeta.pl. Chyba nawet nie wiedział, że na wyborcza.pl znalazłby lepsze teksty. Ale mniejsza z tym. Akurat wpadłam na kilka dni do rodzinnego domu i dziadek jak zwykle zawezwał (uwierz mi – to słowo dobrze oddaje istotę rzeczy) mnie do siebie. I powiedział mi, że może czytać różne bzdury, ale jak przechodzi do komentarzy to dopiero skacze mu ciśnienie. Nie miałam pojęcia o czym mówi (nigdy nie miałam potrzeby, żeby czytać komentarze pod artykułami). Przy kolejnej okazji zeskrolowałam tekst. I moje życie nigdy już nie było takie samo.

A potem zaszłam w ciąże. Wcześniej nie szukałam informacji na internetowych forach. Boże Jedyny. Czego ja się tam naczytałam. Informacji niewiele, nienawiści – mnóstwo. A potem jak już Dziecko nr 1 było na świecie… Dżizas. Chusty vs wózki, pierś vs butelka i tak dalej. Masakra. Tragedia. Gówno po pachy.

Przestałam czytać fora i nawet ukułam sensowną teorię o hejcie. Przeczytaj, bo naprawdę ciekawa: dlaczego hejtujemy?

Ale ostatnio przeczytałam tekst, który na nowo podniósł mi ciśnienie. Jedna z bardzo znanych blogerek parentingowych – Hafija – napisała na blogu tekst o biciu dzieci. Przeczytałam. Zgodziłam się ze wszystkim. Ale niemożebnie mnie wkurwił ostatni akapit: “Niestety kiedy wychodzę ze swojej pięknej bańki „rodzicielstwo bliskości” to przestaję wierzyć w dorosłych. Nie mogę się nadziwić, kiedy wielki, kilkudziesięcio kilogramowy facet, mówi publicznie o uderzaniu swojego czteroletniego, sięgającego mu do uda dziecka, którego sam spłodził, a na koniec jeszcze twierdzi, że jest to w porządku i jest to normalne. Dla mnie jest to tak obrzydliwe, że nie potrafię znaleźć słów na ogrom gniewu, który we mnie wzbiera. A najgorsze jest to, że ci co dzieci biją i tak nie zrozumieją o czym jest ten post.

I wtedy mi się przelało. Napisałam grzeczny komentarz pod tekstem (zajrzyj sobie, nie będę już tu cytować). Moim zdaniem, jeśli czyjąś misją naprawdę jest edukacja i pokazywanie dobrych wzorców, to powinien unikać jak ognia takich ocen. Jeśli jej blog jest czytany przez rodziców, którym zdarza się dać klapsa swoim dzieciom, to taka opinia raczej ich nie zachęci żeby przestali. Wkurzą się tylko i zrobią wiele (jeśli nie wszystko) żeby się utwierdzić w przekonaniu, że robią właściwie. Taka nasza ludzka natura. Że głupia – prawda, ale nasza, ludzka. I albo grasz według jej zasad albo nikogo do niczego nie przekonasz.

Słuchaj. Ja też jestem hejterem. Cichym, ale bardzo aktywnym. Adrenalina mi skacze zawsze, kiedy widzę małe dziecko karmione butelką. Szlag mnie trafia, kiedy słucham, jak niektórzy rodzice zwracają się do swoich dzieci. Kurwica mnie strzela, kiedy widzę trzylatka ze smoczkiem. I w tym zalewie wewnętrznego hejtu staje mi przed oczami pewna dziewczyna, którą widziałam w kolejce. Miała na sobie T-shirt z napisem: “Everyone is fighting a battle you know nothing about” [każdy toczy bitwę, o której nie masz pojęcia]. Karmi butelką? Może wcześniak, może nie miała pokarmu, może nikt jej nie wsparł, kiedy było jej trudno, a może po prostu odciągnęła pokarm. Krzyczy na dziecko? Może do niej nikt inaczej nie mówił? Może miała naprawdę męczący dzień w pracy? Może jej partner na nią wrzeszczy cały czas, a ona nie ma jak tego odreagować? Wciąż ma smoczek. Może jest płaczliwy? Może długo był w szpitalu i mu pomagało? A może po prostu rodzice nie wiedzą, jak go odzwyczaić?

I możesz teraz zacząć na mnie krzyczeć, że przecież każdy z nas miał popieprzone dzieciństwo, że jesteśmy dorośli i że nie możemy się zasłaniać tym, że mieliśmy pod górkę. Że każdy z nas jest dorosły i ponosi odpowiedzialność za swoje decyzje. I to jest prawda. Ale tylko w odniesieniu do mnie. JA znam swoje dzieciństwo, swoje obciążenia, swoje problemy. I JA podejmuję sama decyzje i mam obowiązek przeskoczyć swoje ograniczenia. A TY? Nie mam pojęcia. Nie znam Cię. Nie wiem, czy możesz, czy nie możesz. Nie wiem, jakie są te Twoje obciążenia. Jak głęboko sięgają rany.

Moim zdaniem jedyny sposób na hejt, to postawa: Uznaję, że inni mają prawo ulec swoim słabościom, a ja mam obowiązek swoje przezwyciężać. I tyle.

Przekonałam Cię, prawda? Udostępnij proszę tekst. Nie jest agresywny. Może jeszcze kogoś przekona.

  • Komentarze

    komentarzy

  • 2 odpowiedzi na “Każdy toczy swoją bitwę.”

    1. Laura pisze:

      Nie umiem powiedzieć, czy tekst by mnie przekonał, bo mam dokładnie takie samo podejście od dobrych kilku lat (nie żebym była taka super dojrzała, po prostu jestem z tych nadwrażliwych, trochę słabszych, którym z trudem przychodzi wiele rzeczy uważanych powszechnie za “nic takiego” i stojąc zwykle po drugiej stronie tej barykady ocen łatwiej dostrzegam, jak bardzo nam potrzeba empatii), ale wiem, że przekonuje mnie ten blog. Cały. Stworzyłaś cudowne miejsce, dziękuję Ci.

    Dodaj komentarz