Opublikowano: 6 maja 2013 o 06:56

Kiedy warto być bezproduktywnym?

wolny czas

Z moim mężem znamy się od 7 lat. I w tym roku weekend majowy był dla nas prawdziwym świętem – otóż było to pierwsze 5 dni “wolnego”, które od tych 7 lat spędziliśmy razem (nie wliczam w to planowanych urlopów). Otóż B. jest kucharzem, co oznacza, że pracuje w weekendy (długie i krótkie), święta, sylwestry, sezony, wieczory… Czyli wtedy, kiedy ja mam zazwyczaj wolne. Teraz akurat ma przerwę w pracy, więc spędzamy razem niesamowicie dużo czasu. I powiem Wam, że mimo początkowych obaw (o czym my będziemy gadać?!) – jest mi dobrze, znakomicie wręcz.

Całe 5 dni spędziliśmy na spacerach, gotowaniu, jedzeniu, usypianiu, karmieniu, przewijaniu i innych takich. I w tym takim błogim lenistwie przypomniał mi się wywiad z prof. Wojciechem Bursztą z wielkanocnego wydania Polityki. Przeczytałam go jeszcze raz. I jeszcze bardziej do mnie dotarł. I chcę żeby do Was dotarł też :-)

Profesor mówi, że w codziennym kołchozie coraz mniej czasu poświęcamy rodzinie (ot odkrycie :-)). Prawdziwym problemem jest to, jak ten czas traktujemy: “Owszem, możemy (…) starać się coraz bardziej doskonalić nasze relacje, czerpać z nich coraz większą satysfakcję, coraz więcej załatwiać. Tyle tylko, że w ten sposób przykładamy do życia i do czasu z rodziną te same kryteria co do pracy zawodowej – efektywności i opłacalności.” I to wcale nie znaczy, że teraz powinniśmy zostawić sprawy własnemu biegowi i w ogóle się nie zastanawiać nad relacjami, nic nie robić w kierunku ich jakości. To znaczy tylko, że zamiast “celowo” na nie wpływać, warto po prostu miło spędzać razem czas. Nie po to, żeby relacje były lepsze, a dzieci lepiej przygotowane do przyszłego życia, tylko po to, żeby po prostu było miło :-).

“To, czego rodzinie najbardziej potrzeba, to nie ten “krótki czas świetnie wykorzystany”, tylko odrębny rytm, w którym może rozwijać się powolność, spokój i zaufanie, że jutro będzie takie samo.” Jak to można osiągnąć? Profesor sugeruje granie w planszówki i wspólne oglądanie serialii (yes yes yes – wiedziałam, że pierwsze miesiące małżeństwa spędzone z dr Housem nie będą zmarnowane!). Ja od siebie dodaję coś, czego nauczyłam się przy moim synu: jeśli chcesz gdzieś wyjść – unikaj umawiania się sztywno na godzinę. Nie spiesz się, nie poganiaj siebie, nie poganiaj innych. Ubieranie się trwa, karmienie trwa, ponowne przewijanie trwa – nie ma żadnego powodu, żeby to wszystko miało dziać się szybciej. Te zwykłe codzienne czynności, do których nie przywiązujemy zbyt dużej wagi, to są właśnie te rytuały. One zupełnie “przy okazji” budują więź, relację, zaufanie. Zwykła zmiana pieluchy – a tyle korzyści.

W końcu maja mamy kolejny dłuższy weekend, zaraz potem są wakacje, tradycyjnie czas urlopów. Niezależnie od tego, czy gdzieś wyjeżdżacie czy nie, poświęćcie czas na bezcelowe i bezproduktywne bycie razem. Niech Wam będzie miło!

I optymistyczny cytacik na koniec:

“Chcę natomiast podkreślić, że nie ma żadnych symptomów, które wskazywałyby na to, że dążenie ludzi do bliskości i pragnienie trwałego związku przeżywa jakikolwiek kryzys. Jeśli więc mimo obiektywnych wyzwań i utrudnień chcemy to pragnienie zaspokoić w związku rodzinnym, to musimy się zgodzić na to, że oznacza to bycie razem w powolności, rytuałach i powtarzalności.”