Opublikowano: 15 lutego 2016 o 11:03

Matka planuje – czy to w ogóle możliwe?

planowanie

“Bycie zorganizowaną mamą nie jest trudne (…) Organizacja wesela też kiedyś wydawała Ci się niemożliwa, a potem usiadłaś z kartką papieru, ołówkiem i wszystko stało się prostsze.”

“Jeśli głos w Twojej głowie mówi Ci, że jesteś przytłoczona – nie słuchaj go. To mały złośliwy chochlik. Nie powtarzaj negatywnych rzeczy. Dasz radę. Poradzisz sobie ze wszystkim.”

To tylko dwie z szeregu złotych, motywujących myśli, które znalazłam w google wpisując “jak być zorganizowaną mamą?” No żesz jasna cholera. Na pierwszej stronie wyszukiwania nie pojawił się nawet cień myśli, że może to jest trudne, że czasem nawet niemożliwe, a co najważniejsze – zazwyczaj niepotrzebne.

Od początku stycznia prowadzę na fejsie grupę Akcja Motywacja. Każda z nas ma swoje noworoczne postanowienia i tak mniej więcej raz na tydzień dzielimy się postępami albo…ich brakiem. W grupie jest sporo mam. I to one najczęściej (ze mną włącznie) raportują, że więcej się nie udało, niż udało. Widać, że to dla nich szalenie frustrujące, że nawet cholernego postanowienia noworocznego nie da się zrealizować.

I powiem Wam, że uderzyło mnie to, że jakoś mało mówimy o tym, jak trudno, jak niesamowicie trudno jest zrobić coś zaplanowanego mając dzieci. Bo można być bogiem planowania i efektywności (jak na przykład ja), a i tak mieć spore problemy z realizacją. No i czyja to wina? Czyja? Powiem Ci kurna – NICZYJA. Tak jest. I już.

Wyobrażam sobie, że świetnym rozwiązaniem na urlop macierzyński, jest: NIE PLANOWAĆ. Żyć z dnia na dzień, zajmować się dziećmi, trochę domem, a trochę sobą. Ale wiem, że nie każdy tak może. A inne wcale tak nie chcą (ja tak nie chciałam na przykład).

Happiness Is Walking in the Forest
`James Wheeler via Foter.com / CC BY-NC-SA

Więc dziś kilka wskazówek, jak planować mając dzieci, żeby choć trochę zwiększyć prawdopodobieństwo, że coś się uda zrobić (uwaga: “zwiększyć prawdopodobieństwo”, a nie “na pewno wszystko zrealizować”).

[Dla uproszczenia przyjmijmy sobie taką sytuację, że macie coś konkretnego do zrobienia, np: napisanie posta na bloga, doktoratu, prezentacji, tłumaczenia. Albo chcecie uszyć sukienkę, spódnice, torbę i zrobić pufę na drutach.]

Zacznij jak najwcześniej, bo na pewno będziesz miała opóźnienie.
Jeśli masz deadline, to nie zastanawiaj się, kiedy musisz zacząć, żeby zdążyć, tylko zacznij od razu. Bo na pewno będziesz miała po drodze jakieś obsuwy. Ktoś się rozchoruje albo będzie ząbkował. Zaliczysz ze trzy nieprzespane noce z rzędu i kolejne dni będziesz dochodzić do siebie. Ktoś będzie miał lęk separacyjny, zatwardzenie albo ataki złości co 30 minut. Im wcześniej zaczniesz, tym większa szansa, że się jednak wyrobisz.

Poświęć duuuużo czasu na planowanie.
Nie oczekuję, że rozpiszesz sobie harmonogram na dwa miesiące. Umówmy się, że jak zaczniesz w poniedziałek, to już koło środy będzie opóźnienie. Więc po co planować? Powiem Ci. Celem procesu planowania jest podzielenie tego dużego zadania na jak najmniejsze kawałki. Na przykład takie, co się da zrobić w pół godziny. Albo nawet w 15 minut. I wiesz co? Nie ma sensu od razu dzielić wszystkiego. Zrób sobie jakieś grube 5 punktów, według których będziesz pracować, a potem podziel pierwszy z nich na małe kawałki. I do dzieła.

Bądź gotowa do pracy w każdej chwili.
Potwór zasnął. Zajął się sobą. Ktoś się nim zajął. A Ty? Siadaj do pracy. Ile masz czasu? Nigdy tak do końca nie wiadomo. Może kwadrans, może pół godziny, a może więcej? Umówmy się, że jeśli po 45 minutach dziecko się nie obudzi samo z siebie, to i tak pójdziesz sprawdzić, czy oddycha. Żeby taka praca miała szanse powodzenia, musisz mieć zadanie podzielone na jak najmniejsze kawałki. Żeby w ciągu tych 15 minut dało się cokolwiek zrobić. Bo inaczej spędzisz je na zastanawianiu się “za co się do cholery zabrać?”.

Dostosowuj plan na bieżąco.
Dobra. Udało Ci się popracować przez pół godziny. Zrobiłaś kawałek kawałka. I co teraz? Może się okazać, że kawałki, na które podzieliłaś swoje zadanie są za duże i za nic we świecie nie wyrabiasz się w pół godziny. Co wtedy? Podziel na mniejsze. W sytuacji odwrotnej jest lepiej, bo zawsze możesz zrobić dwa małe kawałeczki. Kiedy kończysz dane 15 minut, czy pół godziny pracy – zaplanuj od czego zaczniesz następny “set”. Wtedy jak tylko pojawi się okazja, to od razu usiądziesz do roboty.

Nie jestem cyborgiem. Powtórz: nie jestem cyborgiem.
Jak dziś napisałam na grupie, że będzie post o planowaniu dla matek, to od razu mi dziewczyny napisały “ale napisz koniecznie, jak planować jak dzieci są chore”. No to napiszę: NIE PLANOWAĆ. Nic nie robić, tylko zajmować się dziećmi i….dbać o siebie. Ja mam teraz tak: jeśli Dziecko nr 2 ma atak zębów, co się łączy z katarem, kaszlem i bardzo słabym snem, to odpuszczam pracę wieczorem. Skoro nie wiem, ile pośpię w nocy, to muszę zacząć spać jak najszybciej. Bo jak jestem niewyspana, to jestem przeraźliwie wredna. I nawet ja siebie wtedy nie lubię, o mojej rodzinie nie wspominając. Poza tym: spada wtedy odporność, organizm zaczyna zbierać zapasy tłuszczu i dzieją się inne smutne rzeczy. Więc jeśli jest akcja “choroba”, to odkładam właściwie wszystko. (Odkąd wróciłam do regularnej pracy, nie zawsze mogę wszystko odłożyć, więc staram się tak przeorganizować, żeby robić rzeczy tylko najpilniejsze. Dlatego też, jak B. wylądował w szpitalu, to prawie mnie nie było na blogu – bo zdecydowałam, że nie chcę nań poświęcać czasu).

Jupiter Moon
Tanya Dawn via Foter.com / CC BY-NC-ND

Nie każ innym czytać w myślach.
Jeśli podjęłaś decyzję, że weźmiesz na siebie zlecenie/tłumaczenie/sukienkę/pufę – powiedz o tym domownikom. Partnerowi, ale dzieciom też. Uprzejmie ich poinformuj, że masz zamiar przez następne X tygodni tym się właśnie zajmować i opowiedz, jak sobie to wyobrażasz np: “chciałabym się tym zajmować godzinę dziennie wieczorem, kiedy Ty szykujesz dzieci do spania.” Ja informuję o takich rzeczach też Dziecko nr 1, bo zdarza się, że kładziemy spać Dziecko nr 2 w ciągu dnia i każde z nas siada do “zajęć własnych”. Ja do pracy, a Dziecko nr 1 do oglądania bajek.

Szukaj spokoju w sobie.
Ja mam tak, że żeby móc pracować, to muszę być względnie spokojna. Jeśli od rana Dzieci dają czadu, to zamiast pracować, poświęcam czas na to, żeby się uspokoić. Potem skacze mi ciśnienie i mąż mój zazwyczaj się dowiaduje, że “nawet pracować się w tym domu nie da i potrzebuję spokoju i nikt mi go nie daje i wszyscy są przeciwko mnie i pójdę do piwnicy i najem się robaków”. Coraz częściej przekonuję się, że jeśli nie znajdę spokoju w sobie, to nikt mi go nie da, a już na pewno nie dzieci. Więc uczę się relaksować, uczę się być tu i teraz, uczę się nic nie robić, bo jeśli ja pędzę myślami trzy dni naprzód, dzieci akurat mają zły dzień, a mąż jest zmęczony – to nikt nie osiąga swoich celów. NIKT. A wkurzeni i sfrustrowani są wszyscy. I o ile mąż jest odpowiedzialny sam za siebie, o tyle za dzieci to my (my – rodzice, nie my – matki) ponosimy odpowiedzialność, więc jak w nas tego spokoju nie ma, to one nie mają go skąd wziąć.

Starship
Nick Kenrick. via Foter.com / CC BY-NC-SA

Daj sobie prawo do tego, że nic nie zrobisz.
Jakoś w połowie stycznia jedna z dziewczyn na grupie napisała: Dziewczyny, czy używacie planerów? Czy zwykłych kalendarzy? Trochę mam obsuwę w realizacji celów (z przyczyn niezależnych ode mnie ?) i zastanawiam się czy taki specjalistyczny planer by mnie bardziej nie zmotywowal może? Dwa razy to czytałam, żeby się upewnić, że dobrze zrozumiałam. Przyczyny są niezależne od niej, a ona chce kupić planer. Komu? Tym przyczynom?
No to odpisałam: Skoro masz obsuwę z przyczyn niezależnych od siebie, to jak kupisz sobie planer i to Cię nawet zmotywuje, to te przyczyny niezależne i tak sobie będą. I mogą na Ciebie kichać (albo może pluć i ulewać). Pytanie więc, czy jak Ty się bardziej zmotywujesz, a przyczyny będą dalej Cię blokować, to się przypadkiem jeszcze bardziej nie sfrustrujesz? Tak tylko pytam…. Bo myślę sobie, że jak człowiek ma akurat taki czas w życiu, że niewiele może zaplanować, bo jest bardzo ważne, żeby cieszył się nawet z najmniejszego sukcesiku. Takiego tyci tyci, a nie mordował z tym, że nie może wejść na Rysy. No nie może. To niech wejdzie na pagórek przy domu i zachwyci się widokiem.

Nie wiem słuchajcie, nie wiem skąd to w nas jest?! Dzieci chore, marudzą, nie śpią, jestesmy z nimi cały dzień, wycieramy nosy, podajemy leki, oglądamy bajki, usiłujemy nakarmić, nosimy na rękach, przytulamy, kłócimy się, krzyczymy, wkurzamy, a i tak mamy poczucie, że nic nie zrobiłyśmy. I plany się obsunęły. Na Boga Ojca!
Jeśli masz taki czas, że dzieci absorbują Cię mocno (wystarczy, że akurat komuś się lęk separacyjny uruchomi i klops gotowy), to już naprawdę nie musisz robić innych rzeczy (no chyba, że naprawdę musisz, ale wtedy nie rób tych, co nie musisz). I najważniejsze – NIE ZADRĘCZAJ SIĘ! Chore dzieci, to nie wymówka, to priorytet. I wiesz co? Tak samo jest wtedy, jeśli to TY jesteś chora! [Uwierz mi na słowo – piszę z łóżka, bo trzeci dzień trzyma mnie wysoka gorączka. Na szczęście mam wsparcie, bo inaczej bym padła.]

Więc podsumujmy: TO NIE TWOJA WINA! To po prostu macierzyństwo, z całą jego nieprzewidywalnością. Więc rób, ile dasz radę. (uwaga: “dać radę” nie oznacza “tyle, żeby padać na twarz i nie czuć już żadnej przyjemności z niczego”).

Jeśli post Ci się spodobał, pomógł Ci albo po prostu mnie lubisz – podziel się nim ze znajomymi. Dziękuję!