Opublikowano: 3 stycznia 2015 o 18:15

O błędach logicznych, kupach i nadmiernych generalizacjach.

Nie dalej jak wczoraj mówiłam mojej kumpeli, że najlepiej mi się pisze, jak się na coś bardzo wku..wię. “Be careful what you wish for” – jak mawiają klasycy.

W skrócie: redaktorka GW – Agnieszka Kublik – napisała felieton, w którym zżyma się na to, że ktoś przewinął dziecko w restauracji na sali (na kanapie, na której siedział – dla ścisłości), zamiast w toalecie (gdzie nie było przewijaka – dla ścisłości). Sytuacja rzeczywiście co najmniej nieprzyjemna. Można się zbulwersować (pytanie na marginesie: na co bardziej – na to, że ktoś przewinął dziecko, czy że w toalecie nie ma przewijaka?). Ale Panią Agnieszkę – moim zdaniem – oburzenie poniosło daleko za daleko.

“To nie jest felieton przeciwko matkom. To jest felieton przeciwko tym, które uważają, że mogą więcej tylko dlatego, że mają dziecko.” Może ja nie uważałam na logice, ale mi wychodzi na to, że jeśli ktoś ma dziecko (cały felieton dotyczy właściwie matek, więc już ojców w tych rozważaniach pomińmy – dla prostoty) to jest matką. Czyli felieton jest przeciwko matkom – może nie wszystkim (bo oszczędza te, które w trosce o resztę ludzi nie wychodzą z dziećmi z domu, a nawet jeśli, to lecą na 10 piętro wieżowca po schodach z wózkiem, żeby broń Boże nie przewinąć przy obcych), ale jednak jest przeciwko nim właśnie, a nie przeciw osobom bezdzietnym (które to byłyby przeciwieństwem matek).

W internetach jest oczywiście ożywiona dyskusja. Jedną z osób, która zabrała głos jest moja koleżanka i popularna blogerka – boska matka. Wypowiedziała się w Faktach, a po chwili dosłownie zalała ją fala hejtu. I cała Polska (albo prawie cała) dyskutuje o tym, czy można przewijać dziecko publicznie, czy nie, czy kupa śmierdzi, czy nie i w ogóle o innych pierdach.

A cała sprawa zaczęła się od jednej jedynej sytuacji, która przydarzyła się jednej jedynej pani redaktor, w jednej jedynej restauracji. Tymczasem konkluzja felietonu brzmi (parafrazując i nieco generalizując): “ludzie, którzy mają dzieci, uważają, że mogą więcej i jeszcze nie można im zwrócić uwagi”. Jak ja miałam logikę na studiach, to mnie uczyli, że istnieje coś takiego, jak błąd logiczny formalny, gdzie “we wnioskowaniu uznawanym za dedukcyjne wniosek nie wynika logicznie z przesłanek”. To chyba jest ten case.

I teraz dalej: jak to się dzieje, że w GW, która szczyciła się prorodzinnością i wspiera wiele akcji mających na celu poprawę sytuacji rodziny w Polsce i zwiększenie dzietności, jak również prawo kobiety do decydowania o swoich planach “dzieciowych”, pojawia się felieton, który na podstawie jednej sytuacji wysnuwa wnioski na całą (z niewielkimi wyjątkami jak wspomniałam) populację matek? Podpierając się jeszcze – o zgrozo – znanym i nie-lubianym felietonem prof. Mikołejki (o “wózkowych” – jeśli ktoś nie kojarzy).

Moim zdaniem (usiłuję tu przejść do konkluzji) dziennikarz zanim coś napisze, powinien być świadom (szczególnie publikując w medium o takim zasięgu jak GW), że pracuje dla medium OPINIOTWÓRCZEGO (to nie jest tylko puste słowo, ono znaczy, że medium TWORZY OPINIE). I czy to medium na pewno chce, żeby w efekcie tekstów w nim publikowanych po Polsce przetaczała się fala hejtu dla matek? A może przy okazji tej (tak zgadzam się!) nieprzyjemnej sytuacji, rozmawiać o ciągłym braku infrastruktury dla dzieci w restauracjach albo (a o tym nikt się nie zająknął) o niedostatkach opieki instytucjonalnej, które sprawiają, że część rodziców “ciągnie” (cytat z felietonu) dzieci ze sobą nie dlatego, że zawsze chce (choć i do tego mają prawo na Boga!), ale dlatego, że po prostu nie ma innego wyjścia.

Dziennikarstwo było zawodem zaufania publicznego. Takie sytuacje sprawiają, że moje osobiste “publiczne” zaufanie jest mocno nadwyrężone, bo nie dostrzegam w tym tekście żadnego elementu konstruktywnego. Dostrzegam za to demagogię i deprecjonowanie rodzicielstwa, które – bądź co bądź – leży w interesie całego społeczeństwa, a nie tylko tych, którzy dzieci mają. To nie jest do cholery li i wyłącznie nasza fanaberia.