Opublikowano: 24 kwietnia 2016 o 12:09

Olej cel, pokochaj drogę.

olej cel pokochaj drogę

Powrót do pracy po drugim macierzyńskim był trochę łatwy (bo drugi) i trochę trudny (bo inny niż pierwszy). Podjęłam decyzję o większej samodzielności zawodowej i bałam się tego okrutnie. I w jakimś takim właśnie przestraszonym dniu trafiłam na blog Marka Mansona. I na ten tekst. Ależ on mną wstrząsnął. Od razu wiedziałam, że kiedyś Wam go podrzucę. Poniżej moja wersja (po polsku i trochę skrócona), a potem jeszcze małe słowo na niedzielę.

Tytułem wstępu: Przez pierwsze kilka akapitów (których tu nie ma) Mark Manson pisze o człowieku porównując go do Titanica.

No. To już możecie czytać.

“Cały pic polega na tym, że jesteś chodzącą, niezdarną maszyną produkującą nawyki. I te nawyki – inaczej: twoja tożsamość – to dzieło ostatnich kliku dziesiątek lata życia i oddychania, śmiania się, kochania, odnoszenia sukcesów i porażek. W ciągu tych lat osiągnąłeś prędkość około 40 węzłów albo i więcej, na mroźnym Atlantyku. I jeśli chcesz je zmienić – czyli zmienić swoją tożsamość, to jak postrzegasz siebie, albo jak adaptujesz się do świata – cóż… skręć koło sterowe najmocniej jak potrafisz i przygotuj się, że walniesz w kilka gór lodowych. Bo taki duże statki mają mega słaby skręt.

Czasem dostaję maile od dzieciaków z liceum czy z uniwerku, które chcą kompletnie zrekonfigurować ich całą osobowość i historię życia. Teraz. Tu. Natychmiast. I pytają mnie, co zrobić, tak jakby pozbycie się nieśmiałości było jak przepis na ciasto. I muszę się powstrzymywać całą siłą woli, żeby nie napisać: “ZAMKNIJ SIĘ I BĄDŹ CIERPLIWY” w bardzo denerwujących kapitalikach. Bo jeśli jest jakaś “jedna rzecz”, którą można zrobić, to to jest właśnie cierpliwość. Życie idzie własnym, nie Twoim tempem, kolego. Oprócz jakichś ekstremalnych, katastroficznych zdarzeń – na przykład ogromnej siły, która potrafi przenieść tankowiec przez ocean – zmiana przychodzi powoli, czasem tak wolno, że nawet nie zauważamy, że się dzieje. Tak samo jak statek skręca tak powoli, że nawet nie zauważasz, że zmienia kurs.

Iceberg

CZasem dostaję maile od osób, które się niedawno rozwiodły, a wcześniej spędziły dziesięć, czy dwadzieścia lat z tą samą osobą, wspólnie kupili pierwszy dom, wychowywali dzieci, dzielili najważniejsze momenty swojego życia, a po dwóch miesiącach bycia singlem chcą wiedzieć, co zrobić, żeby im “przeszło”. Rozumiem, że ci ludzie mają w sobie wiele bólu, bo w przeciwnym wypadku zorientowaliby się jak irracjonalni i nierealistyczni są. Fakt jest taki, że jeśli się żeglowało w tym samym kierunku z jedną osobą, przez bardzo bardzo długi czas, i duża część twoich nawyków, czyli de facto tożsamości jest z nią związana, to mnóstwo czasu zajmie ci skręt i odpłynięcie na nowe wody.

Czasem dostaję maile od ludzi, którzy chcą zostać pisarzami albo zacząć biznes online i chcą znać “TĄ JEDNĄ RZECZ”, którą zrobiłem, i która pomogła mi osiągnąć sukces albo zrobić x-y-z. I chcą znać ją teraz, żeby mogli zrobić Ctrl C i Ctrl V do Worda i BUM – budzą się na plaży, sącząc margeritę. Ci ludzie, rzecz jasna, nie gonią za sukcesem. Oni gonią za fantazją. Gonią wizję i marzenie, które nie jest po to, żeby zabezpieczyć ich przyszłość, tylko po to, żeby pomóc im uciec od teraźniejszości. Wydaje im się, że “odnoszenie sukcesu” jest jakoś łatwiejsze i mniej stresujące, niż nie odnoszenie sukcesu. Spoiler alert: zazwyczaj jest odwrotnie.

Ale to są te łatwe maile. Bo tak naprawdę jest jedna rzecz, którą możesz zrobić, żeby “odnieść skuces” (cokolwiek to do cholery znaczy) – ponieść porażkę jakieś tysiąc razy. Wymyślaj beznadziejne pomysły i próbuj je wdrażać mimo to. Rób to odpowiednio długo, a zobaczymy się na plaży.

it seems i/u need a break!!

Spędziłem lata podsycając ogień w kotle mojego statku i nad przebijaniem się przez moją górę lodową, zanim załapałem o co chodzi. I to jest jedyny sekretny składnik, jeśli w ogóle jest jakiś – mieć gotowość do wyznaczania własnego kursu, pomimo wszechogarniającego strachu.

I może właśnie dlatego jesteśmy tak przerażeni, bo wiemy, że jak już wyznaczymy kurs i rozpalimy w piecu, to cholernie trudno jest zawrócić, trudno coś zmienić, i boimy się, że możemy skończyć jak ta rozpuszczona bogata dziewczynka, w lodowatym Atlantyku, wrzeszcząca “Jack!, Jack!”, pomimo, że przecież na tej dykcie było dla niego miejsce. Koleś miał chyba jakiś kompleks męczennika i chciał poczuć, że umiera za nią, umiera za coś, co jest ponad jego samolubne pragnienia, co – o ironio – jest wciąż umieraniem za własne samolubne pragnienia, dupki.

No dobra. Gdzie to ja skończyłem?

Aha, już. Zmiana kursu jest trudna i nas przeraża, więc patrzymy dookoła i próbujemy kopiować kursy, które przyjęli inni ludzie. Ale to nie działa dobrze, bo warunki na morzu są cały czas zmienne i to, co wczoraj było cichymi wodami dziś jest górą lodową i niebo dla jednego dla innego jest piekłem itepe itede.

Przechodziłem ostatnio wiele zmian życiowych. W ciagu ostatnich trzech lat, z kawalera, dla którego życie było niekończącym się procesem znajdowania “afterów” stałem się narzeczonym z urojeniami dotyczącymi domu z trzema sypialniami i dzieci.

Przeszedłem od małego blogera, który sprzedał trochę gówna, żeby przeżyć, do bycia rozpoznawanym pisarzem, któremu płacą agenci i wydawcy i który zaraz będzie miał prawdziwą książkę na półkach i – wyobraźcie sobie – nawet będzie zapraszany w pewnym momencie do programów telewizyjnych.

Przeszedłem od nomadycznego podróżowania, przeżywania przygód w nowych miejscach raz na kilka miesięcy, do ustatkowania się, zapuszczenia korzeni, wyboru jednego kraju, kultury i społeczności.

Wszystko to to wspaniałe zmiany, prowadzące powoli do tego, że moje życie wchodzi w kolejną fazę.

Change

Ale takie zmiany, nawet jeśli dobre, są zawsze trudne i zawsze powolne i stopniowe. Bywały momenty w których czułem się zagubiony, jakbym nie był już tą samą osobą, którą kiedyś byłem, ale też nie wiedziałem kim się właściwie staje. Bywały chwile, kiedy czułem się niepewny, kiedy żałowałem swojego dawnego ja, którego już nie zobaczę, jednocześnie czekając na nowe ja, które zdawało się nie przychodzić. Stare nawyki i złe i dobre wyrzuciłem za burtę i wziąłem nowe (złe i dobre) na ich miejsce.

To mój parowiec, skręcający powoli, mechanicznie, płynący w stronę nowych horyzontów, obierający nieznany kurs.

I to jest życie. To jest część tego dilu. Wszechświat mówi: “Hej, wiesz co? Musisz istnieć”. A my mówimy, “Oż kuźwa, to świetnie!” nie zdając sobie sprawy z tego, że egzystencja jest – z definicji – bezlitosną i niekończącą się wyprawą w nieznane.

Łatwo byłoby mi powiedzieć: “Chcę odpowiedź TEARAZ. Chcę wiedzieć, jakie moje życie będzie TERAZ! Chcę wiedzieć co mam robić, jak mam się czuć TERAZ!” Ale żyję już wystarczająco długo i jestem wystarczająco popieprzony żeby wiedzieć, że to nie pomoże. Jeśli zrobi cokolwiek, to pogorszy moją sytuację.

W międzyczasie, próbuję różnych nowych rzeczy i akceptuję to, że różnie się z nimi czuję: raz źle raz dobrze. A wszystko to robię wierząc, że pewnego dnia wpłynę na nowe słoneczne wody, które pokocham tak, jak kochałem te wcześniej.

Dobre życie, to nie jest życie bez problemów. Dobre życie, to życie z dobrymi problemami. A więc, pomimo turbulencji, fal i zdradzieckich pływów, gapię się czasem w sam środek mojego zagubienia, w splątane siły radości, i smutku, i uśmiecham się, i jestem wdzięczny, że to wszystko tam jest.”

Czemu Wam to przetłumaczyłam?

Bo mnie ruszyło.

A czemu mnie ruszyło?

Już opowiadam.

Dla mnie momentem dużej zmiany było odpalenie własnej firmy, skrócenie czasu pracy dla mojego głównego pracodawcy i wypłynięcie na nieznane wody (w kabinie: dwójka małych dzieci, na pokładzie: mega wspierający mąż).

Jaka ja na początku byłam niecierpliwa. Chciałam wiedzieć, co i jak dokładnie mam robić? Ile mam pracować i dla kogo? Po jakich stawkach? Jak mam budować relacje w sieci z potencjalnymi klientami, czy powinnam to robić przez Zapas Czasu czy jakoś inaczej? Ile powinnam pracować w ciągu tygodnia? Jakie nawyki powinnam mieć? Czy mam pracować w weekend? I tak dalej i tak dalej. I jak przeczytałam ten wpis Marka, to poczułam, jak uchodzi ze mnie para. A w miejsce tej pary pojawia się…radość i satysfakcja. I gotowość do rozwoju (a wierzcie mi, rozwój, to nie jest moja ulubiona forma aktywności – więcej poniżej).

Teraz nie planuję dalej niż na 2 miesiące (mam w głowie pewien kierunek do którego dążę, ale wiem, że on może ulec radykalnej zmianie, bo jestem w fazie testowania opcji). Mam pewne założenia, którymi się kieruję (np: nie pracuj wieczorem), ale jeśli sytuacja wymaga elastyczności – nie mam poczucia winy. Jestem otwarta na nowe propozycje nawet, jeśli kiedyś mi się wydawało, że nie umiem zrobić takich rzeczy.

No właśnie. Dzięki temu tekstowi na nowo nauczyłam się akceptować fakt, że nie wszystko umiem. Długo miałam tak, że bałam się zabierać za rzeczy, w których nie byłam ekspertem, bo nie lubię porażek. Wolę sukces. Tylko tak się już jakiś czas temu zrobiło, że te sukcesy to była bułka z masłem, a nie żadne wyzwanie. I zrozumiałam, że mogę przestać chronić moje ego – nic mu nie będzie nawet jak czasem coś mi nie pójdzie. I teraz znów cieszę się z tego, że się uczę, że robię coś nowego, na czym się do końca jeszcze nie znam. Że zanim pójdę z czymś do klienta, to muszę się gruntownie przygotować. Że wiele rzeczy robię po prostu PIERWSZY RAZ.

A co najważniejsze. Pokochałam ten stan zawieszenia i niepewności. Już nie muszę wiedzieć jak będzie za rok. Wystarczy, że wiem, co mam do zrobienia jutro. Jakie to uwalniające.

No to ja. A Ty?

1. A Ty też możesz. Możesz zmieniać swoje życie powoli. Małymi krokami. Nie musisz mieć nawet przed nosem jakiegoś konkretnego celu. Możesz po prostu zdecydować, że powoli zmienisz kurs. Jeśli wpłyniesz na wody, które Ci się nie spodobają, to zmienisz znów. I tak do końca życia. Fajnie, nie?

Ale wiesz co? Nie musisz. Możesz też dopłynąć w jakieś miejsce gdzie Ci się podoba i tam zostać. Wcale nie musisz czuć chęci do rozwoju. Możesz być w jednym, tym samym miejscu, przez kilkadziesiąt lat. I być z tego dumnym.

2. Jeśli podoba Ci się to, co piszę (a także to, co napisał de facto Mark Manson) – podziel się postem ze znajomymi. To dla mnie dużo znaczy. Dziękuję!

Aha i jeszcze na koniec w ramach przypisu. Dziękuję za to, że jak mnie gdzieś spotykacie i rozpoznajecie (ostatnia taka sytuacja miała miejsce w centrum handlowym, jak karmiłam Dziecko nr 2 słoikiem), to mówicie: “Super piszesz. Czy mogłabyś częściej?” – bo to mnie mobilizuje

photos by: & ,
  • Komentarze

    komentarzy

  • 2 odpowiedzi na “Olej cel, pokochaj drogę.”

    1. Monika pisze:

      Witam, mam pytanie czy tak długie przerwy między wstawianiem postów to będzie już norma czy to sytuacja przejściowa? Uwielbiam Pani blog i bardzo żałuję, że tak rzadko Pani pisze. Pozdrawiam.

      • Marta pisze:

        Moniko. Liczę, że to przejściowe. Mam nadzieję, że wraz z końcem czerwca wrócę do większej regularności.

    Dodaj komentarz