Opublikowano: 22 stycznia 2013 o 23:07

Pośpiech, to stan umysłu.

źródło: www.csx.hu

Przyszłam dziś do domu po 17.00 z kilkoma planami na wieczór w głowie. W drzwiach dowiedziałam się niestety, że  moje dziecko śpi (o 17.30). Więc nie ma co liczyć, że pójdzie spać po 19.00. A to oznacza, że z planów nici. Trzeba się zająć koleżką. Rzeczony obudził się 18.15 (o tej porze zazwyczaj myślę już o kolacji dla niego). Cóż było robić… Wkładaliśmy drewniane kółka na gumowy patyk, wrzucaliśmy klocki do pudełka, oglądaliśmy książeczki (i trochę telewizji :-)), śpiewaliśmy piosenki, przewalaliśmy się na dywanie. I tak do 21.30.

Bardzo rzadko spędzam tak wieczór. Zazwyczaj jednak to komputer jest moim towarzyszem – no i oczywiście moje listy :-) A dziś uświadomiłam sobie, jaką ogromną wartość ma dla mnie taki właśnie czas. Wiem, że nie zrobię tego, co na dziś zaplanowałam. Ale spędziłam 3 godziny na zabawie, na beztroskiej aktywności i  – co najważniejsze – na byciu tu i teraz.

Nie odkryję Ameryki mówiąc, że w dzisiejszych czasach wszyscy bardzo się spieszymy. Mamy wiele zajęć, wiele ról, często też tracimy czas na stanie w korkach czy inne niekoniecznie sensowne aktywności, więc musimy się spieszyć jeszcze bardziej. Uświadomiłam sobie ostatnio, że to, co mnie najbardziej męczy, to jednak nie jest konieczność robienia czegoś szybko.

Najtrudniejsze jest dla mnie opanowanie mojego umysłu.  Zamiast myśleć o tym, co robię –  myślę o tym, co mam jeszcze do zrobienia i jak to zrobić. Nie jestem ani “tu i teraz”, ale nie jestem też “w przyszłości”. Nie koncentruję się w pełni ani na zadaniu, które właśnie wykonuję, ani na tym, które mam do zrobienia. To mój umysł najbardziej się spieszy. I mnóstwo przez to traci.

Rozmawiam z kimś przez telefon, oglądam film, czytam coś, a myśli już wędrują… Co mam zaplanowane na jutro? Jak będzie z tym wyjazdem wakacyjnym? A jak zrobić ze świętami w tym roku?. A przecież ta rozmowa jest zajmująca. Ten film jest ciekawy.

Kiedy robię coś, co wymaga koncentracji np: piszę posta na bloga, robię analizę wyników badania, to łapię się z kolei na innym myśleniu: “Czy nie można tego zrobić lepiej? A może trzeba to zrobić jakoś inaczej?”. I pisanie i praca naukowa, to rzeczy, które sprawiają mi ogromną przyjemność. Lubię to ROBIĆ. A tymczasem głowę mam nastawioną na efekt: czy to na pewno będzie ciekawy post? czy ta analiza jest wystarczająca? Gdzieś umyka “radość tworzenia”, a zostaje obawa o rezultat.

I kiedy dzisiaj mój syn wtulał we mnie swoją zaślinioną i nieco zasmarkaną buźkę, to myślałam sobie, że to uczucie bycia “tu i teraz”, luzu, spokoju jest nie do podrobienia. I chciałabym częściej się tak czuć.

Będzie to wymagało ode mnie sporo wysiłku. Nawet napiszę sobie na różowej kartce: “TU i TERAZ” żeby sobie o tym przypominać, kiedy moje myśli znów odpłyną. I chyba będę młodego kłaść chwilę później – dla niego na razie istnieje tylko teraźniejszość – może i ja się tego nauczę.