Opublikowano: 30 września 2015 o 16:05

Rachuj, rachuj wszystko na ch…j.

vacation-planning-1524450-1280x960

“Niestety. Musicie zostać w szpitalu. CRP wyszło 200, a to znaczy, że infekcja jest poważna” – tyle usłyszałam od miłej pani rezydentki na izbie przyjęć gdyńskiego szpitala. Dziecko z poważną infekcją zajmowało się akurat pożeraniem papierowego formularza, więc zostało uznane za “stan ogólny dobry”. Za to mój stan był tragiczny. Była 14.00, a ja od rana nie miałam nic w ustach. Nawet wody. Trochę się słaniałam na nogach i informacje docierały do mnie z pewnym opóźnieniem. Jedno było pewne – dupa z urlopu.

Niecałe 24 godziny dzieliły nas od momentu, kiedy mieliśmy rozpocząć nasze jedyne w tym roku wyjazdowe wakacje. Wyczekane jak cholera. Czekałam na warsztat w Katowicach z Carlą Willig – guru od badań jakościowych. Czekałam też na swój warsztat w Katowicach – miałam uczyć psychologów jak analizować pola semantyczne. I – co najważniejsze – czekałam na kilkudniowy wyjazd do Wiednia, który kocham miłością wielką i po którym uwielbiam się szwendać.

Vienna at Night
PiXeL_Fleck / Foter / CC BY-NC-SA

Wpadałam w jakąś totalną otchłań. Jeszcze mi się chyba nie zdarzyło, żeby moje plany tak bardzo wzięły w łeb. Tym razem zostały po prostu chamsko znokautowane. Przypomniał mi się bosman z Pogorii – Heniek, który zwykł mawiać: “rachuj, rachuj, wszystko na ch…j”. Ot kaszubska mądrość.

Co było robić? Pierwszą dobę pamiętam jak przez mgłę. Młoda miała jeszcze gorączkę, cały czas ktoś do nas przychodził, oswajałyśmy się z tamtejszymi rytuałami. We czwartek rano wstałam w tragicznym nastroju i zaczęło do mnie docierać, że muszę się jakoś ogarnąć, bo sytuacja nie ulegnie zmianie. To ja muszę ulec.

Czasu na zastanawianie było sporo, bo komunikacja z Dzieckiem nr 2 wciąż jest raczej niewerbalna. Ogranicza się do kręcenia głową i mówienia: “Nie, nie, nie” albo do przytulania i gruchania: “A kto jest tłuścioszkiem mamusi?” Albo do zarzucania pieluchy na głowę (dziecka, nie swoją) i robienia “a kuku”.

Peekaboo!
Josh Liba / Foter / CC BY-NC-ND

Pomiędzy tymi tłuścioszkami mamusi i akukami trzeba było jakoś przeżyć i przepracować tę nieszczęsną urlopową stratę. Po raz kolejny dotarło do mnie, jak bardzo, jak przerażająco bardzo jestem przywiązana do swoich planów. 5-dniowy, zupełnie nieplanowany, pobyt w szpitalu zaowocował w mojej głowie planem działania na wypadek wypadku. Do zmiany planów trzeba podejść planowo.

Faza 1: Damage control.
Spróbuj dojrzeć światło w tunelu. Choćby najmniejsze. Ledwo tlące. Uchwyć się tej cienkiej nici nadziei, że może jednak da się zrobić coś, co będzie przyjemne. Cokolwiek. Ja tym razem zdecydowałam, że będę czytać i – jak widzieliście na fejsbuku – całkiem nieźle to wyszło. Ani w domu ani na żadnym wyjeździe nie przeczytałabym tyle. I powiem Wam, że poza wszystkim, to akurat z tego naprawdę się cieszę.

Faza 2: Przeżyj żałobę
Ludzie, którym się żaliłam na zrujnowany urlop dzielili się na dwie grupy: Grupa pierwsza: “Oj tam, już nie przesadzaj. Zdrowie dziecka najważniejsze?” I grupa druga: “Jak się ma Dziecko? O to dobrze, że już lepiej. Ale się musiałaś tym urlopem wkurzyć.” I zgadnij, z którą grupą rozmawiałam chętniej? Musiałam to przeboleć. Dobry tydzień mi zajęło, żeby mi łzy nie napływały do oczu na myśl, że jednak nie pojedziemy. Mój mózg jest pojemny (Twój też) i kiedy jedna część zajmowała się Dzieckiem i dbała, żeby ono jak najszybciej się zdrowotnie ogarnęło, to druga wyła ze złości. Słuchaj: masz prawo do żałoby po odwołanych urlopach, przedstawieniach, randkach, konferencjach oraz seksie, który miał być fajny, ale się nie odbył, bo dzieci przyłaziły. Nie musisz mieć jednej najważniejszej rzeczy w życiu. Jesteś dobrą matką także wtedy, kiedy się złościsz, że choroba dziecka pokrzyżowała ci plany. To nie znaczy, że zdrowie dziecka cię nie obchodzi. To znaczy, że oprócz zdrowia dziecka obchodzą cię też inne rzeczy.

Faza 3: Szukaj wsparcia
Jak już się w tym szpitalu ogarnęłam, to wzięłam telefon i trochę podzwoniłam po dawno nie słyszanych koleżankach. Część z nich żałowała mnie na odległość, kilka lokalnych wpadło dotrzymać mi towarzystwa. Mąż przynosił dobre jedzenie i dostarczał książki. I odbyłam długą wieczorno-nocną rozmowę z kumpelą, która akurat też była z dzieckiem w szpitalu. I rozmawiałyśmy sobie długo o tym, jak wiele dowiedziałyśmy się o sobie samych i o naszych mężach i w ogóle o życiu. I to była piękna rozmowa. Taka, którą się pamięta.

Faza 4: Rusz dupę.
Wiecie co było dziwne? Że jak tylko wyszłam za drzwi szpitala, to rozwyłam się straszliwie. Wróciła do mnie myśl, że powinnam teraz odpoczywać w wiedeńskim słońcu, a nie śmierdzieć lizolem. Czy tam czymś. I miałam jakieś dwie godziny takiej totalnej niemocy decyzyjnej i przekonania, że już nigdy nic nie zaplanuję i że obrosnę muszlami na kanapie z dzieckiem przy cycku. A potem się spakowaliśmy w trymiga i pojechaliśmy do moich rodziców. I nie było aż tak źle. Mama gotowała, tato ogarniał wnuka, wnuk się wentylował, a my po prostu robiliśmy mało. Byliśmy w kilku knajpach, na dłuższych spacerach i na wycieczkach w lesie. Czy to był nasz wymarzony urlop? Nie. Ale wcale nie był najgorszy.

No i tyle. Wrzesień się skończył, urlop się skończył. A październik i listopad mam już oczywiście zaplanowany.

Mega mnie ciekawi, jak Ty sobie radzisz ze zmianą planów. Też Cię tak boli? Jeśli tak – podziel się postem ze znajomymi. Jeśli nie – też się podziel. Może ich boli bardziej.

  • Komentarze

    komentarzy

  • Jedna odpowiedź do “Rachuj, rachuj wszystko na ch…j.”

    1. Marta pisze:

      Po odwołaniu wyjad do Berlina i Gdynii boje się planować 😑 Zaplanowany na listopad wylot do teściowej odwołałam za wczasu 😂 Przynajmniej nie stracę na biletach :mrgreen:

    Dodaj komentarz