Opublikowano: 17 marca 2017 o 12:54

Równowaga między pracą, a rodziną. Rady dla tych, którzy lubią pracować (szczególnie dla freelancerów)

kyson-dana-86663

Siedzę w samolocie. Wracam do domu po 4 dniowym tygodniu pracy, który (jakby policzyć godziny) trwał dużo dłużej. Wstawałam o 7.00 wracałam o 21-22, kładłam się spać (raz zrobiłam sobie trening) i rano od nowa.

Padam na twarz.

4 dni poza domem to dużo także dla mnie. Tęsknię za dziećmi i za mężem, za pewną rutyną, za czasem na odpoczynek, którego nie planuję kiedy wyjeżdżam, bo…szkoda mi czasu :-)

Mam torbę z zakupami ze sklepu duty free, a w niej…żelki i wino :-). Miałam też w ręku zabawki, ale zdecydowałam, że nie chcę ich przywozić, bo dzieci mają ich sporo, a poza tym….

No właśnie. A poza tym nie chcę przepraszać nikogo (nawet siebie) i wynagradzać nikomu (nawet sobie) tego, że pracuję w ten, a nie inny sposób. Wiem, że moja praca i to, że co najmniej przez jedną noc w tygodniu nie ma mnie w domu, że czasem pracuję nawet w sobotę, jest kosztem dla mojej rodziny. Czy jednak jest stratą? (bo wiecie, że to nie to samo, nie? Koszt to jest coś co się ponosi, żeby zyskać więcej, a strata, to…strata).

Za każdym razem kiedy wracam do domu zmęczona, ale zadowolona, usatysfakcjonowana….Za każdym razem, kiedy ludzie z mojej firmy mówią: “cieszymy się, że do nas dołączyłaś. Pomaga nam Twoje podejście, dzięki”, myślę sobie, że to jest mój sposób na realizację swoich marzeń, wizji, pragnień.

A macierzyństwo nie jest, zapytacie? No…jest….ale nie do końca. Wiem, że nie byłabym sobą, gdybym nie pracowała. Nie umiem sobie wyobrazić swojego życia bez pracy. Czy umiem sobie wyobrazić swoje życie bez dzieci? Też nie.

Jestem więc w nieustannym KONFLIKCIE. I nie boję się użyć tego słowa. To dla mnie normalne, zdrowe, a nawet potrzebne, że moje życie dzisiaj, to właściwie konflikt, konflikt interesów. Kiedy planuję miesiąc, tydzień i dzień, biorę pod uwagę fakt, że moja praca jest wymagająca i CHCĘ ją wykonywać oraz fakt, że moja rodzina ma swoje potrzeby i CHCĘ je zaspokajać.

Nie lubię określenia work-life balance, bo moim zdaniem praca, to też życie. Ale sama koncepcja równowagi jest mi bliska. Powiem Wam o 4 rzeczach, dzięki którym o nią dbam:

Planuję ramowo w długiej perspektywie.
Przyjęłam takie bazowe założenie, że jeśli wyjeżdżam, to staram się upakować wszystko w 2 dni, czyli być poza domem jedną noc. Nie zawsze się tak udaje, czasem muszę wyjechać na 3, a nawet 4 dni, tak jak teraz (bo bez sensu turlać się pół nocy do Bukaresztu żeby być tam jeden dzień i znów wracać). W te tygodnie, kiedy jestem więcej poza domem, staram się być też więcej w domu (taki paradoksik). Jutro, czyli w piątek, robię sobie po prostu WOLNE (aktualizacja z dzisiaj: to nie dokładnie wyszło tak, jak planowałam, poczytacie sobie na końcu). Zostaję w domu. W weekend nie pracuję. W kolejnym tygodniu wyjeżdżam we wtorek wieczorem, wracam we czwartek wieczorem (2 noce i 2 dni, inaczej się nie dało, bo Kraków daleko), a w jeszcze kolejnym wyjeżdżam co prawda na cały wtorek, a potem także na czwartek i piątek, ale w piątek rodzina dołącza do mnie w Poznaniu i spędzamy wspólnie weekend. Cel: wymoczenie się w termach maltańskich aż będziemy pomarszczeni jak rodzynki :-) Staram się tak planować moje obciążenie pracą, żeby po okresach dłuższej nieobecności być dłużej w domu. Żebyśmy wszyscy mieli czas na to, żeby się znów dopasować, przyzwyczaić, nawet trochę znudzić sobą. A dziadkowie w tym czasie mogą odpocząć.

Nie mogę mieć kalendarza zajętego w 100%
Musiałam się nauczyć, że to, że tydzień ma 5 pracujących dni, nie znaczy, że należy wszystko zapakować pod korek, bo często coś wyskoczy, coś się przełoży i wtedy kupa. Więc najpierw nauczyłam się planować chociaż pół dnia buforu, żeby mieć przestrzeń na niespodziewane rzeczy. A potem nauczyłam się tego, że mój mózg potrzebuje czasu na myślenie, czytanie, spacer, trening i inne takie. I jeśli przez dłuższy czas pracuję w dużym ścisku terminowym, bo codziennie mam “coś”, to dość szybko zaczynam pracować na jakieś 70-80% swoich możliwości.

Regularnie odmawiam.
Ooooo to było koszmarnie trudne na początku. Czułam się zobligowana do wzięcia różnych zleceń, bo przecież prosiły mnie o to ważne dla mnie osoby albo zlecenie było ciekawe albo w sumie miałam poczucie, że przecież “mam wolne w kalendarzu”. A potem okazywało się, że inne sprawy nie idą zgodnie z planem (bo rzadko idą :-)) i co? I kupa. Patrz powyżej. Teraz już mniej więcej wiem, ile mogę na siebie wziąć i de facto całkiem często odmawiam. I wiecie czego jeszcze się nauczyłam? Że mogę podać prawdziwy powód odmowy. I ludzie zrozumieją. Podam przykład: usiłowaliśmy dziś zaplanować z kolegą z firmy ważne spotkanie, kombinowaliśmy jak konie pod górę, nijak się nie udawało znaleźć wspólnego terminu. Nagle pada poniedziałek. Mam wolne w kalendarzu, ale nie planuję wyjeżdżać. Więc mówię:
– Słuchaj. W tym tygodniu nie było mnie 4 dni, nie chcę w kolejnym znów na tyle wyjeżdżać. Jestem potrzebna dzieciom, musimy się zsynchronizować, wiesz, jak zespół.
A on na to:
– No. Jasne. Rozumiem. Lepiej nie przeciągać struny. Nie chcemy żeby Ci rodzina odmówiła współpracy. Wiem, ile jesteś poza domem.
I tak mi się ciepło zrobiło, bo ktoś zrozumiał nie tylko sam fakt odmowy, ale też jej istotę. Nie tylko zrozumiał, ale także mnie wsparł. Fajna rzecz.

Przyzwyczaiłam się do uczucia, że gdzieś nawalam i do poczucia winy.
Wiele kobiet, które łączy bycie matkami i partnerkami z pracą zawodową mówi o tym, że niezależnie od tego co robią, czują się winne. Jak są z dziećmi, czują że powinny pracować (szczególnie jeśli akurat okres w pracy jest gorący), a jak są w pracy to myślą, że powinny więcej czasu spędzać z dziećmi. Też tak mam. I na początku strasznie mnie to frustrowało. I z czasem zaczęłam opowiadać sobie o tym inną historię. Zamiast powtarzać sobie: “Borkowska. Nawalasz w pracy, nawalasz w domu. Nic nie robisz na 100%, mogłabyś dać z siebie więcej w pracy, mogłabyś więcej czasu spędzać z rodziną.”, zaczęłam sobie mówić: “Borkowska. Chcesz mieć pracę i rodzinę. Obie te rzeczy są dla Ciebie ważne, więc to normalne, że jesteś w konflikcie interesów. Przyzwyczaj się do tego, inaczej nie będzie, bo to są rzeczy, które są w konflikcie ze swojej natury. NIE MA NA TO ROZWIĄZANIA.” Żeby nie popaść w przesadę w pracy, odmawiam, nie planuję pod korek, raz na jakiś czas biorę więcej wolnego. Z drugiej strony, kiedy jestem w pracy, to jestem w pracy. Kiedy wyjeżdżam, pracuję po 12-14 godzin dziennie, rozmawiam z ludźmi, nadrabiam ten czas, kiedy jestem dla nich zdalnie, okazjonalnie. Naprawdę robię, ile wlezie. I na razie to działa.

I jest jeszcze coś. Robię coś jeszcze. Często rozmawiam z moim mężem, pytam go jak się miewa, jak mu z tą sytuacją, że często mnie nie ma. Staram się brać na siebie więcej, kiedy jestem w domu. Zanim wyjadę robię większe zakupy, żeby nie musiał zachodzić w głowę, czy mają co jeść (wiem jak trudno wyjść po zakupy z dwójką). Gadam też z dzieciakami, tłumaczę im czemu pracuję. Mówię, że z jednej strony potrzebujemy pieniędzy na różne rzeczy, a z drugiej – ja lubię pracować. Opowiadam czym się zajmuję, dlaczego to ważne dla mojej firmy i dlaczego to ważne dla mnie. Czy kumają? Pewnie jeszcze nie. Ale chcę żeby wiedzieli oboje, że można mieć przyjemność z pracy. I można lubić być zmęczonym. Że na satysfakcję trzeba popracować. A swoim teściom staram się często mówić, jak bardzo im jestem wdzięczna, że umożliwiają mi pracę, którą tak lubię. Bo prawda jest taka, że bez nich by się nie udało.

Ludzie czytający. Szczególnie Wy, Kobiety, bo Wam trudniej pogodzić rodzinę i pracę (poczucie winy większe, nie?) – nie bójcie się tego konfliktu. On jest tam po prostu wpisany. Poczucie winy, że coś zaniedbujecie – normalna rzecz. Pokazuje Wam po prostu, że dwie rzeczy na raz są dla Was ważne. Zwracajcie na nie uwagę, ale niech Was nie powstrzymuje. A satysfakcję traktujcie jako nagrodę za ciężką pracę, a nie dowód na pracoholizm. Możecie zrobić w życiu mnóstwo, wiecie?

Jak tam? Pomogło Ci trochę? Mam nadzieję, że teraz patrzysz choć odrobinę inaczej na to, co to znaczy “matka pracująca” i dostrzegasz w tym wartość dla siebie. Jeśli chcesz pokazać tę wartość innym udostępnij tego posta na facebooku. Dziękuję.

ps. A tak na koniec, na gorąco. Od 10.00 do 11.25 miałam dziś video rozmowę z… Zarządem :-) Były ważne tematy do omówienia, nie można było czekać. Rozmowa była po angielsku, Dziecko nr 2 uczestniczyło w niej częściowo, przez jakąś chwilę siedziała na kolanach, przez inną – bawiła się sama. Czasami wstawałam od komputera (siedziałam na podłodze, nie przy biurku, żeby miała mnie możliwie blisko) i coś tam robiłyśmy. Czy mogłyśmy ten czas spędzić inaczej? Mogłyśmy. A wiecie co teraz zrobię? Opublikuję ten tekst, wrzucę na fejsa i idę się położyć obok niej. Utnę sobie drzemkę.