Opublikowano: 16 października 2013 o 08:23

Skąd mam to wiedzieć? – czyli 3 historie o informacji zwrotnej.

Jakiś czas temu rozmawiałam z jedną ze swoich koleżanek o sytuacji w jej pracy. Opowiedziała mi taką historię:

“Któregoś dnia robię sobie jedzenie w kuchni. Pracuję dużo, często po godzinach, więc ten czas na lunch jest dla mnie święty. Robię sobie sałatkę i wchodzi moja szefowa i mówi: “o ale Ty to masz czas żeby sobie takie dobre rzeczy robić. Ja to tylko w przelocie jem bo nie mam czasu”. No i ja się strasznie wkurzyłam. Jeśli ma problem z tym, że mało pracuję, to niech mi wprost powie, a nie takie szpile wbija”. OK,  pomyślałam sobie, rzeczywiście słabo to brzmiało w ustach tej szefowej, ale pytam ją (koleżankę): “A jakie masz z tą szefową układy?”. Ona mówi: “Spoko. Otwarte, raczej fajne”. No więc ja proponuję: “to może powiedz jej, że jak Ci tak mówi, to masz wrażenie, że robi Ci wymówkę odnośnie czasu spędzanego w kuchni zamiast na prac”. A ona na to: “A wiesz… w ogóle o tym nie myślałam, żeby jej powiedzieć”.

Inna historia:  znajoma zaczęła właśnie studia zaoczne, na których jest wiele osób z dużym doświadczeniem, często ludzie 40-50 lat, którzy oczekują, że będą adekwatnie traktowani. Na jedne z ćwiczeń przyszła jakaś młoda doktorantka i dała wszystkim do zrozumienia, że ona wie najlepiej, że będą wejściówki kartkówki i sprawdziany i w ogóle będzie reżim. Ludzie się bardzo wkurzyli, że są traktowani jak gówniarze i postanowili dać jej jeszcze jedną szansę, ale założyli, że jeśli sytuacja się nie zmieni, to napiszą do dziekana z prośbą o zmianę prowadzącego. Wszystko fajnie. Tylko w ferworze nikt nie pomyślał, ze warto tej doktorantce powiedzieć/napisać o zarzutach w stosunku do jej osoby. Skąd ona ma wiedzieć, że komuś nie odpowiada jej styl pracy? Jaka jest szansa, że na kolejnych zajęciach zmieni styl prowadzenia, skoro nie wie, że ktokolwiek od niej tego oczekuje?

I jeszcze jedna historia, tym razem z mojego małżeńskiego “podwórka”.

Co tydzień jeżdżę do Warszawy. Wracam do domu we wtorek wieczorem i bywam naprawdę zmęczona. Usiedliśmy sobie w jeden z takich wtorków w kuchni i zaczęliśmy rozmawiać o jakiejś kwestii związanej z Młodym. Chodziło o to, ile on powinien spać w ciągu dnia, o której go usypiać itd.. I w pewnym momencie zaczęliśmy się o coś sprzeczać. Poczułam, że mnie krew zalewa i zaraz wpadnę w schemat: “Ty zawsze, Ty nigdy”. Żeby tego uniknąć wyszłam z kuchni i zaczęłam się zastanawiać, co mnie tak naprawdę wkurzyło, bo sam temat rozmowy był raczej błahy. I uświadomiłam sobie, że w pewnym momencie B. mi przerwał i to mnie zagotowało. Wróciłam więc do kuchni i powiedziałam: “Wkurzyło mnie, że przerwałeś mi w momencie kiedy chciałam powiedzieć coś, co było dla mnie  ważne. Kiedy rozmawiamy o czymś co dotyczy naszego dziecka chcę żebyś mnie posłuchał”. I co? I niby nic… Nie padł na kolana, nie błagał o wybaczenie, kwiatami nie obsypał. Ale sytuacja się wyjaśniła. Wiadomo było co komu przeszkadza, nie było fochów, obrażania się i cichych dni. Była spokojna dalsza rozmowa.

Wydaje mi się, że takie historie nie wymagają komentarza. Więcej informacji o otwartej komunikacji w różnych relacjach możecie znaleźć tutaj:

3 najczęstsze błędy popełniane w związkach

 – jak powiedzieć komuś “jesteś głupi”
A jak to jest u Was? W jakich sytuacjach najtrudniej Wam udzielić informacji zwrotnej?