Opublikowano: 20 czerwca 2013 o 08:44

Smuty STOP, czyli o negatywnym wpływie negatywów.

Smile

Opowiem Wam trzy krótkie historie:

Scenka 1. Siedzę w pracy i słyszę jak jedna koleżanka opowiada drugiej o jakiejś masakrycznej historii. Już nie pamiętam, czy to dotyczyło jakiejś patologii rodzinnej, czy innej trudnej rzeczy. Dość, że rozmawiały o jakimś “newsie” wątpliwej jakości i bulwersowały się obie strasznie na system, na matki, na pracowników socjalnych i inne takie.

Scenka 2. Spotkanie świąteczne (też pracowe) i rozmowa o domowych przygotowaniach. Standardem jest oczywiście narzekanie na mężów: “nie pomaga”, “sam z siebie nic nie zrobi” itd.. Jedna z koleżanek wyłamuje się i mówi dobrze o swoim partnerze. W odpowiedzi słyszy: “daj spokój, wy jeszcze krótko po ślubie jesteście. Poczekaj 10 lat, też tak będziesz miała”.

Scenka 3. Jedna z koleżanek będących w zaawansowanej ciąży “narzeka” na fb że potomek się rozpycha i kopie. Za chwilę jej status zyskuje komentarze: “nie narzekaj. Ciesz się tym jak jest, bo jak urodzisz to dopiero będzie”. I następuje wyliczanka różnego rodzaju katastrof do których nieuchronnie dojdzie po urodzeniu dziecka.

Kiedy słucham/czytam takie rzeczy, to muszę sobie przypomnieć przeponowe oddychanie, którego uczyłam się w szkole rodzenia, bo ciśnienie skacze mi od razu. Oddycham więc i staram się nie irytować. Zamiast tego – piszę.

A co ma piernik do wiatraka? – spytacie. Czemuż  to się bulwersujesz na opowiadanie o ludzkich tragediach?

Bo tak!

A teraz na serio.  Nie wiem i chyba nawet nie chcę wiedzieć, skąd w nas tyle niechęci do tego, co cieszy inne osoby. Dlaczego nie można ucieszyć się razem z dziewczyną, której mąż pomaga przy świętach? Dlaczego nie można napisać młodej mamie: “super, że masz ruchliwego malucha, już się cieszy, że się niedługo zobaczycie” (no dobra, może trochę przesadziłam, ale wiecie co mam na myśli, nie?). Nie chodzi mi o jakiś nadmierny entuzjazm – podskoki, piski i ochy achy nie są konieczne. Chciałabym słyszeć jak zwracamy uwagę na to, co ludzie mówią DOBREGO o sobie czy innych. Żebyśmy to zauważali, podkreślali, cieszyli się z tego, rozmawiali o tym. Po co? Żeby pomnażać dobro, radość. Między ludźmi działa zasada: dostajesz to, co wkładasz.

A co do tego mają “newsy” rodem z Superexpresu? Otóż mam hipotezę, że powtarzanie takich rzeczy działa na ludzi destruktywnie. Zobaczcie co się dzieje podczas takiej rozmowy.  Dwie osoby dyskutują o jakiejś negatywnej/trudnej rzeczy, na którą nie mają żadnego wpływu, a która często przedstawiana jest tak, żeby od razu wskazać winnego: państwo, system, polityków, niziny społeczne, alkohol… lista potencjalnych winowajców jest nam aż za dobrze znana. Praktyczny efekt rozmowy jest żaden – to takie zwykłe plotkowanie. Ale kaliber tych historii jest ciężki. Rozmyślamy potem, martwimy się o nas i nasze dzieci, dochodzimy do wniosku, że nie mamy na nic wpływu, że źle się dzieje w kraju i będzie pewnie jeszcze gorzej.

A przecież zamiast tego można porozmawiać o czymś inspirującym, co się właśnie przeczytało, zobaczyło, usłyszało.  Tematy sensacyjne “wskakują” nam  do rozmowy jakoś tak naturalnie. Rzadziej opowiadamy komuś, że miło spędziliśmy dzień, że obejrzeliśmy dobry film, że zdarzyło się coś, co spowodowało, że mamy dużą wiarę w ludzi. Rzadko chwalimy innych (o chwaleniu już pisałam – sensowny jest ten post, więc możecie go sobie przypomniećj).

Uwaga! Teraz będzie podniośle. I z przytupem.

Kochani! Tup. W naszym życiu dzieją się również dobre rzeczy! Tup. Zauważcie je, pokażcie innym, opowiedzcie o nich. Ucieszcie się razem ze swoimi koleżankami/kolegami, że coś im się układa w życiu. Nie gaście ich entuzjazmu. Nic innego lepiej nas nie napędza do działania. Nie odbierajmy sobie i innym prawa do bycia szczęśliwym. Houk.

 

photo by: