Opublikowano: 15 grudnia 2014 o 16:06

Spraw sobie maksymalną przyjemność z życia.

Mamy mnóstwo rodzajów pamięci. Jest robocza (ta, która sprawia, że pamiętamy numer telefonu, który nam ktoś podał jeszcze przez chwilę, a potem za nic nie możemy sobie przypomnieć), jest proceduralna (ta, która sprawia, że wiemy jak zawiązać buty), jest autobiograficzna (to z kolei ta, która sprawia, że pamiętamy, co się nam w życiu przydarzyło). I w ogóle na pewno jest jeszcze mnóstwo innych rodzajów, z których większości jeszcze nie odkryliśmy. I wiadomo, że pamięć trzeba ćwiczyć, bo jest ważna. Bo można dostać 5 w szkole, a potem nie mieć demencji.

Ale pamięć może zrobić nam jeszcze jedno “dobre” – może sprawić, że będziemy odczuwać tę samą przyjemność wiele razy. I za każdym razem będzie tak samo przyjemna :-). Wcale się nie zużyje.

Czy Wy też tak macie, że określone zapachy i smaki wywołują w Was przyjemne wspomnienia? To nie musi być jedzenie (choć często jest), to mogą być jakieś zapachy zapamiętane z podróży (zapach morskiej wody, zapach jakiejś konkretnej rośliny), to mogą być zapachy perfum (no wiecie… wtedy wspomnienia często dotyczą określonego rodzaju przyjemności…). Ze smakiem jest tak samo: często to są świąteczne potrawy, egzotyczne jedzenie (znów wakacje :-)), a czasem po prostu jakieś ciasto, które może wcale nie było jakieś wyjątkowe, tylko po prostu jedzone w szczególnie przyjemnych okolicznościach.

Zazwyczaj przypominamy sobie o tych “doznaniach” dopiero jak nas przypadkiem nawiedzą. A przecież można z nich skorzystać jak z banku dobrego nastroju. Jeśli mózg nie potrafi sam wytworzyć sobie endorfin, można mu w tym pomóc. Zróbcie sobie katalog takich “doznań”, żebyście wiedzieli, co i jak aplikować sobie na chandrę.

Myślałam sobie trochę o moim katalogu. Oto kilka pozycji:

– woda kolońska adidas (żaden tam armani) – mój mąż jej używał jak się poznaliśmy (do dziś jej używa, na szczęście na zmianę z innymi) i jak ją wącham, to sobie przypominam nasze pierwsze spotkania. I zalewają mnie wtedy te same dziwne hormony, które powodują, że mało pamiętam początki naszego związku (i nie: nie byłam cały czas pijana).

– żel pod prysznic Palmolive (taki pomarańczowy) – używałam go na swoim pierwszym mazurskim rejsie, zaraz po tym jak dostałam się na studia do Warszawy.

– szampon Timotei – zabrałam go ze sobą do Wiednia, więc początki mojego Erasmusa mają właśnie ten zapach.

– ryż do sushi (ale z dobrą! dobrą! zalewą) – bo mi się przypomina moje pierwsze sushi, które jadłam w Wiedniu. I świeciło wtedy słońce (a siedziałam na tarasie restauracji) i to połączenie smaku ryżu, sosu sojowego, wasabi (romantyczne fluki leciały mi z nosa…) i imbiru marynowanego. Ech…

– grzane wino/punsch (ale nie każde, tylko robione własnoręcznie albo takie z Lidla w butelce, broń Boże grzaniec galicyjski) – wtedy mi się przypominają wiedeńskie rynki świąteczne i cała ta przedświąteczna atmosfera…

– zapach morskiej wody – kiedy go czuję, to przypomina mi się jak odwiedzałam mojego faceta w Gdyni i myślałam sobie, że mogłabym mieszkać nad morzem. I za każdym razem jak czuję ten zapach (z wyjątkiem miesięcy letnich i smrodu zupy glonowej w Zatoce), to sobie przypominam jak bardzo lubię tu mieszkać.

– oliwka dla niemowląt z Rossmanna – i przypominają mi się pierwsze miesiące życia Młodego. Jak fajnie wtedy pachniał…

– i moje perfumy takie jedne – jak byłam na kursie językowym w Wlk Brytanii (jakieś 15 lat temu), to mi się spodobały w sklepie wolnocłowym, ale były jakieś 200 razy za drogie (pamiętacie jak funt kosztował pierdylion PLN?). I dostałam je od teścia kilka lat temu. I jak je wącham, to mi się te całe fajne wakacje przypominają.

– i zapach wrzosów – bo miałam je w ślubnym bukiecie i w ogóle je uwielbiam.

– i zapach bzu – bo mi się wiosna przypomina, taka jeszcze za czasów jak byłam dzieckiem w kolebce (czy innym hamaku).

Oj no na pewno coś by się jeszcze znalazło… Źródłem takich wspomnień, przypomnień i przyjemności mogą być też na pewno Wasze zdjęcia. Jak się Wam jakoś źle na duszy robi, bo śniegu nie ma, ciśnienie niskie i w ogóle kiszka totalna, to koniecznie sobie obejrzyjcie zdjęcia, które przypominają Wam dobre chwile. Powinny wtedy wrócić nie tylko wspomnienia, ale też dźwięki, zapachy, smaki – złapcie je w siatkę połączeń nerwowych, co by Wam więcej nie uciekały.

I żeby ten magazyn “wyzwalaczy przyjemności” powiększać, to warto żyć świadomie. Jeść powoli, wąchać różne rzeczy, słuchać, oglądać. To nie zawsze jest możliwe – wiem. Ale wiele razy jest, a my i tak tego nie robimy. Bo smartfony, słitfocie i social media. No wiecie… Wzrok daje nam tak wiele informacji, że koncentrujemy się głównie na nim. A jakby tak oczy zamknąć i nakarmić inne zmysły, to wprowadzamy do mózgu taki koktajl, który potem można “wypić” na chandrę. Nawet w ciąży można wypić :-)

A poniżej galeria zdjęć z mojego tegorocznego “miksowania koktajlu”. Robiłam go ze znanych składników, składających się na wiedeński czas przedświąteczny. Oprócz tego co na zdjęciach w skład koktajlu weszły: sushi z restauracji, w której jadłam je pierwszy raz, krewetki smażone na starym tłuszczu, słodycze firmy Manner, najtańsze parówki z Billa i trochę innych specjałów. Krótko byliśmy. Ale było dobrze… I czuję, że mam zrobiony koktajl na kolejne lata. Co prawda sezonowy, świąteczny, ale skuteczność ma wyjątkową.