Opublikowano: 6 listopada 2014 o 22:16

Ta z lustra jest głupia.

królik

Siedzimy w knajpie, gadamy. Ona młoda, ładna, z sukcesami. Dość mocno szwankuje jej zdrowie. Opowiada mi o tym, opowiada jak sobie radzi, mówi, że robi co może. Ciężko jej. Nikt nie lubi kiedy mu się sypie zdrowie. A ona zawsze była mega aktywna i teraz musi zwolnić. Pyta o radę na złe samopoczucie, na brak energii, na wahania nastroju. Proponuję jej jakieś rozwiązania, od tych standardowych do najdziwniejszych, jakie przychodzą mi do głowy. Ona na wszystko mówi “nie”. Żadne nie wydaje się jej sensowne, każde ma więcej wad niż zalet. Zaczynam się powoli wkurzać. Na moje słowo ma 50 swoich. Już mnie powoli krew zalewa.
Zazwyczaj mam tak, że wiem jak rozmawiać, żeby choć trochę pomóc. A tu nic i nic.

Już byłam gotowa powiedzieć: “wiesz co, jak nie chcesz gadać i właściwie nie chcesz pomocy, to ja już nie mam siły tego słuchać. Po co mnie pytasz o radę, jak i tak wiesz lepiej?”. Coś mnie tknęło. Ugryzłam się w język. Słucham jeszcze raz, uważniej, spokojniej. Coś mi się nie zgadza. Tylko co u licha?

I nagle coś sobie uświadomiłam: ona nie mówi o sobie. Ona mówi o jakiejś innej dziewczynie, która jest wkurzająca, bo ma depresję i jest chora. Tak jakby jej się jaźń rozdwoiła. Tak jakby ta druga “ona” nie była nią, tylko była kimś, kto przeszkadza, utrudnia “tej normalnej jej” dobre życie.

Powiedziałam to i… ona przyznała mi rację. A ja i sobie i jej obiecałam, że o tym napiszę.

Doświadczyliście kiedyś tego? Potworne uczucie.
Takie poczucie, że “ja” to nie “ja”, tylko ktoś obcy, kto wszystko robi źle. Gdybym to była prawdziwa “ja”, np: zdrowa, szczupła, mądra, asertywna, to bym się zachowywała inaczej. A tak muszę żyć z tą brzydką, grubą i głupią (w jednym ciele do cholery, w jednym ciele!) i ludzie mnie oceniają na podstawie tego, co ona robi.

Od razu skojarzyła mi się pewna klasyczna teoria psychologiczna, która mówi (jeśli to czytają koleżanki i koledzy po fachu, to chyba złożą wniosek, żeby mnie pozbawić dyplomu) że mamy swoje “ja realne” i “ja idealne”. Ja idealne to ta laska w lustrze, którą chcielibyśmy widzieć. Młoda, ładna, szczupła, mądra, asertywna, ale pełna ciepła, z sukcesami, ale nie przytłaczająca. “Lodzio miodzio, Panowie” – Jak mawiają pingwiny. A ja realne? To ta smutna prawda, czyli to, co – UWAGA – wydaje się nam, że widzimy codziennie w lustrze. I teraz: im większa rozbieżność między jednym, a drugim, tym gorzej dla nas. No cóż. Odkrywcze to to nie jest, powie drogi czytelnik. Nic nowego, że jak chcę ważyć 60 kg a ważę 85 to się czuję gorzej, niż jakbym ważyła 65. I to jest trochę prawda. A trochę nie.

To, co nas tak denerwuje, to nie różnica między tym, jacy moglibyśmy być, a jacy jesteśmy, tylko różnica między tym, jacy chcielibyśmy być, a jakimi się nam wydaje, że jesteśmy. Trochę skomplikowane, nie? Przypatrzmy się temu dokładniej.

“Ja idealne” – dla kogo mam być ideałem?
To kim chcemy być nie wynika tylko z naszych potrzeb, aspiracji, czy wartości. Wynika w dużej mierze z tego, co uważali za ważne nasi rodzice, co uważa za ważne nasze otoczenie. Flagowy przykład: chcę być dobrą matką i świetną pracownicą, bo moje środowisko (w tym: media, z których korzystam – tak tak, wszystkiemu one winne niebogi) promuje taki wzorzec i uważa go za pożądany, możliwy – za normę wręcz. I Ty przyjmujesz to za prawdę objawioną: “skoro taka jest norma, to ja też chcę taka być”. BUM – masz “ja idealne”. Jeśli Twoja mama uważała, że w domu powinno być zawsze czysto a o 16.00 powinien być obiad z deserem i – cóż za niespodzianka – odpowiada za to kobieta, to siłą rzeczy na różne sposoby przekazywała Ci te wymagania. BUM – masz ja idealne (chyba, że dosłownie cudem udało Ci się temu oprzeć, ale to trudne). Czyli ja idealne, to nie tylko to jaka chcę być. To też to, co inni myślą o tym jaka POWINNAM być. Potrafi mocno uwierać.

“Ja realne” – czy jestem taka, jak mi się wydaje?
Ta część “ja” ma sporo wspólnego z samooceną. Nie tyle chodzi o to, jaka jestem naprawdę (bo niby kto i jak miałby to zmierzyć), co raczej o to, jak o sobie myślę. Z czego się bierze nasza “ja realne”? Po pierwsze: z przyrównywania tego jak mi idzie, do “ja idealnego”. Obiad jest o 17.00 i nie zawsze jest deser, a na podłodze zdarzają się okruchy. Matko z córką! Jestem beznadziejna. Czasem mam ochotę nie iść rano do pracy, a na moje dziecko chwilami już nie mogę patrzeć. Czeka mnie niechybnie ogień wieczny i męki okrutne. No… i tak dalej. Wiecie, co mam na myśli?

Im większa dziura między ja idealnym, a ja realnym, tym gorzej się czuję. Tym mniej lubię siebie, tym częściej mam stany depresyjne. W niektórych rośnie smutek, apatia. W innych złość i agresja. A wszystkim wydzielają się hormony stresu. A te, to wyjątkowo perfidne i szkodliwe zwierzęta.

Cóż więc nam czynić? Dobra i zła wiadomość na raz – możemy spróbować zasypać tę dziurę. Dobra będzie, jak się uda. Zła jest, bo znów trzeba coś robić.

No to po kolei:
1. Zrób sobie listę, wypisz wszystko to kim chciałabyś być, co chciałabyś mieć, jaka chciałabyś być. Pisz jak leci i się nie zastanawiaj. Jak już będziesz miała pierdylion dwieście pozycji, to chyba skończyłaś. Czas się tej liście przyjrzeć.
2. Zaznacz na niej wszystkie cechy, które się wzajemnie wykluczają. Chcesz być cicha i pokornego serca, a jednocześnie osiągać sukcesy w marketingu? Powodzenia. Daj znać jak idzie. Chcesz w ciągu trzech lat potroić swoje zarobki, a jednocześnie dużo czasu poświęcać rodzinie? Go for it. Daj znać, skontaktuję Cię z laską, co była cicha, ale osiągnęła sukces i napiszecie o tym książkę. Drwię drwię. Ale sama tak mam. Na mojej liście wykluczają się przede wszystkim priorytety zawodowe/uczelniane i rodzinne. Że już nie wspomnę o tym, że zawsze chciałam ważyć tyle ile ważka i jednocześnie zjeść całą czekoladę świata. I jeszcze odpustowe lizaki. Na razie jestem na etapie sprawdzania, czy są jakieś ważki, które ważą pół tony. Może wtedy uda mi się obie rzeczy pogodzić.
3. Teraz czas na samoocenę. Zanim stwierdzisz, że w każdej z tych rzeczy jesteś do dupy i nic kompletnie nie udało Ci się w życiu osiągnąć, spróbuj zrobić taki zabieg: do każdej z tych pozycji na liście, przypomnij sobie jedną sytuację w życiu, która pokazuje, że jednak “masz to coś”. Na początku może być trudno, ale potem łatwiej Ci się będzie przypominało dobre rzeczy. Nie potrafisz sama? Zapytaj przyjaciółkę, faceta, kobietę, kogoś kto jest Ci bliski, dobrze Cię zna i dobrze Ci życzy. Gwarantuję Ci, że do większości z rzeczy wypisanych na liście będziesz miała pozytywne przykłady.

Czy to pomoże?
Nie. Ale nie zaszkodzi :-). Zanim skończę smęcić, dam Ci jeszcze dwie rady (Bożesz Ty mój, jak ja uwielbiam dawać rady)

1. Czasem nie da się w prosty sposób zarządzić naszym “ja realnym” i nie zostaje nam nic innego jak zaakceptować sytuację, że nie jest tak, jakbyśmy chcieli żeby było. To dotyczy szczególnie stanów, na które nie mamy wpływu np: przewlekłej choroby, wzrostu wagi na tle zaburzeń hormonalnych (albo ciąży :-)), wady wzroku, niepełnosprawności, i mnóstwa jeszcze innych rzeczy.
2. Nie chcemy mieć ziejącej przepaści (czuleści – jak mawiała moja współlokatorka) pomiędzy ja idealnym, a ja realnym. Nie chcemy też, żeby nasze ja realne w całości zgadzało się z idealnym. Trochę “dziury” nie zaszkodzi. Po co? Żeby mieć do czego dążyć, żeby coś nas motywowało. Nie pierwszy i nie ostatni to raz, w którym sprawdza się powiedzenie (nie wiem ile razy w życiu słyszałam je od mojej mamy – chyba milion): “Przesada w żadną stronę nie jest dobra”. Jak kto woli wersję dla wykształconych – trzeba poszukiwać arystotelesowskiego złotego środka.