Opublikowano: 10 maja 2015 o 15:24

Uff. Nie musisz poświęcać czasu swojemu dziecku.

child

Na co dzień moje posty nie spotykają się z hejtem. Bo i niby co tu hejtować? Chyba, że…. Chyba, że uderzę w czuły punkt. Tak się stało, kiedy napisałam tekst o ludziach, którzy porzucają (emocjonalnie) swoje rodziny dla treningów.

Na moim fejsbukowym profilu rozgorzała dyskusja, że warto mieć pasję i że pasja jest potrzebna dla człowieka i że bez pasji to my jak zwierzęta i że rozwój jest ważny i że wszystko da się pogodzić.

A ja będę dalej swoje: nie da się.

Porozmawiajmy o dzieciach…

Jest taki piękny bon mot psychologiczny, że liczy się jakość, a nie ilość czasu spędzanego z dzieckiem. Powtarzałam sobie to zdanie, kiedy wróciłam do pracy, a moje dziecko miało 8 miesięcy. Powtarzam sobie i teraz, szczególnie w dniach, kiedy z przedszkola odbierają go dziadkowie i w domu melduje się koło 19.00. Polepimy pół godziny z plasteliny, przeczytamy książkę (dobre wydawnictwo, dobra literatura, designerskie obrazki, żeby dzieciaka brzydotą nie faszerować), poprzytulamy się, porozmawiamy. Jest OK. Traumy nie będzie.

Quality Library Time
judy_and_ed / Foter / CC BY-NC

A tu się okazuje, że jest nawet lepiej, niż mi się wydawało.

Siedzę sobie któregoś dnia w internetach, prokrastynuję w najlepsze. I nagle zauważam nagłówek: “Nieważne, ile czasu poświęcasz swojemu dziecku”. Hmmm…. Że co proszę? Klikam. Artykuł jest umieszczony na przyzwoitym portalu. Zobaczę, o co chodzi. A tam stoi jak drut, że Kanadyjczycy zrobili badania na dzieciach w różnym wieku. I co się okazało? Że ilość czasu poświęcanego dzieciom w wieku 3-6 lat nie ma znaczenia. Hurra! Można się przestać nimi zajmować. Nie ma to znaczenia ani dla wyników w nauce, ani dla problemów z wychowaniem.

Jaki z tego wniosek? Nawet jeśli będziemy poświęcać im nie wiadomo ile czasu, to mogą się źle uczyć i sprawiać nam problemy. Więc można nie poświęcać. I spędzić go w sposób bardziej sensowny.

“Quality time” zrobiło zawrotną karierę. Służy zapracowanym rodzicom (czyli np: mi) do zagłuszania wyrzutów sumienia z powodu tego, że nie spędzamy z dziećmi tyle czasu, ile… no właśnie. Tyle, ile trzeba? Czy tyle, ile chcemy? Bo to, moi mili, jest zasadnicza różnica.

Padliśmy wszyscy ofiarami obrzydliwej inżynierii społecznej. Wszelkie opracowania (i popularne i naukowe) dotyczące czasu poświęcanego dzieciom pokazują – uwaga, brzydkie słowo – KORZYŚCI. Spędzaj czas (oczywiście odpowiedniej jakości) z dzieckiem, i wtedy ono będzie ładne, miłe i mądre. I – a jakże – grzeczne! A co najważniejsze: dasz mu szansę na sukces w życiu.

Czy Wy widzicie jakie to jest wstrętne?

Powiem Wam coś: quality time wymyślili dorośli dla dorosłych. Nie dla dzieci. Bo to my mamy problem z nudą. To my mamy problem z odpoczynkiem i nicnierobieniem. To my potrafimy “marnować czas”. Nasze dzieci tego nie potrafią.

Czy one w ogóle coś potrafią? Owszem. Wszystko. Rozwijają się same. Czerpią inspiracje z otoczenia. Są nieugięte i nieustępliwe. Mnóstwo rzeczy je interesuje. Jeszcze więcej – obchodzi, np: połamany herbatnik. Czy czegoś od nas potrzebują? Właściwie jednego (poza jedzeniem i miejscem do spania): obecności. I nie chodzi wcale o przytulanie (choć o to też). Chodzi o bycie. Bycie razem. Bezcelowe bycie. Żaden tam quality time. Po prostu – time.

The Best Of Our Wishes Came True
Lotus Carroll / Foter / CC BY-NC-SA

Rodzi się wtedy bliskość. Zrozumienie.

Wiecie, kiedy mnie olśniło? Kiedy byłam z dzieciorami dwa tygodnie sama (nie było to łatwe, oj nie było). Cały czas w domu, bo chorowały. Nie jestem dobra w wymyślaniu zabaw, zresztą jedno z dzieci miało wtedy miesiąc, więc wymagało mnóstwo uwagi. I paradoksalnie właśnie wtedy dokonałam największego odkrycia związanego ze starszym dzieckiem: im więcej czasu z nim spędzam, tym lepiej on się zachowuje. Co znaczy lepiej? Łatwiej mu kontrolować emocje, chętniej ze mną współpracuje, lepiej śpi, lepiej je. Dopasowujemy się do siebie. A ten czas, to nie był żaden “quality time”, to były zwykłe, dość nudne dni, spędzone na zwykłych, dość nudnych zajęciach. Ale było go duuużo. Aż za dużo, jak na mój gust :-)

I wiecie co mi się przypomniało? Jak jeszcze byłam narzeczoną (studiującą dwa kierunki dziennie i pracującą w korpie) mojego narzeczonego (pracującego w restauracji 5-gwiazdkowym hotelu, wracającego do domu dobrze po północy), zdarzało się nam widywać tylko kilka godzin w tygodniu (a mieszkaliśmy razem!). Jeśli taki stan się przedłużał – zaczynaliśmy się kłócić. Tak, jakbyśmy tracili wzajemne dostrojenie. Pomagało tylko jedno – spędzenie całego dnia razem. Nieporozumienia ustawały. Wracała równowaga.

Weź to przemyśl. I zapomnij o jakości. Liczy się jednak ilość.

Pozwól innym też to przemyśleć. Podziel się postem na facebooku.

  • Komentarze

    komentarzy

  • Jedna odpowiedź do “Uff. Nie musisz poświęcać czasu swojemu dziecku.”

    1. A ja bym powiedziała, że liczy się i to i to. Jak w każdej relacji. Bo nawet jeśli spędzę z dzieckiem cały dzień, krzycząc na niego od rana do wieczora, to wcale nasza relacja nie będzie kwitła. I jeśli spędzam z nim 15 minut dziennie, stając na głowie, żeby to był quality Time to też dobrze nie będzie, bo jednak potrzebujemy tego czasu więcej, żeby się do siebie dostroić. Według mnie trzeba pracować nad tym, żeby dawać sobie to co nawzajem potrzebujemy adekwatnie do okoliczności naszego życia. Mama czasem potrzebuję mieć dzień dla siebie żeby odpocząć od dzieci, ale nie powinna sobie robić co drugi dzień takiego dnia wolnego, bo jej relacja z dzieckiem trudno to zniesie. Czyli i ilość i jakość według mnie ma znaczenie

    Dodaj komentarz