Opublikowano: 19 października 2014 o 19:19

Wspólnie żyć, aby prze-żyć – vol. 2

kot z psem

Ostatnio ustaliliśmy, że związkom pomaga ich legalizacja, nie robienie pralni z przestrzeni publicznej oraz chodzenie na randki.

Dziś będzie dużo psychologii (ale co robić, skoro na niczym innym właściwie się nie znam).

ROZMOWA
Ten element jest tricky. Niby umiemy po polsku, a jakoś kiepsko nam te rozmowy idą. I nie mam tu na myśli zdawkowych komunikatów w stylu: “kup parówki, a jak będą jajka to kup pięć” (mój ulubiony dowcip o informatyku, znacie?), czy opowiadania: “w pracy to, co zwykle, a na lunch jadłam kanapkę z wczoraj”. Myślę o takich momentach, kiedy rozmawiamy o rzeczach ważnych, czasem trudnych. O tym, co na pewno wywoła jakiś spór. To może być kwestia kupna mieszkania/samochodu (ona chce mieszkanie, on – samochód), może być kwestia wychowania dzieci (dać mu czekoladę, czy jeszcze zaczekać?), a może taki moment kiedy chcemy poprosić o zmianę jakiegoś zachowania (błagam Cię, nie dłub w nosie). Taka rozmowa niesie ze sobą i ryzyko kłótni i szansę porozumienia. Jeśli uda się osiągnąć to ostatnie, to relacja wejdzie na wyższy level. I dostaniemy punkty do doświadczenia. Czy są jakieś tipy, żeby dostać punkty, zanim stracimy życie?

Zasada numer pierwsza: “każda rozmowa ma swój czas” – i NIE jest to moment, kiedy akurat jestem najbardziej wk…wiona i mam ochotę temu mojemu współczłowiekowi wygarnąć wszystko do czasów Noego. Nie ma sensu ruszać trudnych tematów, kiedy akurat ktoś jest po bardzo męczącym dniu w pracy albo kiedy jest tyle bieżących spraw do omówienia/załatwienia/zaplanowania, że dzienny limit słów wykorzystuje się właśnie na to (czyli np: przed wakacjami, przed świętami, przed wizytą teściów). Trudne rozmowy warto po prostu zaplanować, umówić się na nie wcześniej. Postawić butelkę dobrego wina (ale sączyć powoli, żeby coś ustalić zanim ktoś zacznie bełkotać), coś do jedzenia (niech układ nagrody coś z tego ma), wyłączyć telefon… Pokazać sobie nawzajem, że tak jak znajdujemy czas na randki, na seks, tak znajdujemy też czas na niełatwe rzeczy.

Zasada numer druga odnosi się po prostu do słuchania. Zazwyczaj, kiedy on mówi coś z czym się nie zgadzam, to ja w myślach już generuję błyskotliwą odpowiedź. Przestaję słuchać gdzieś w okolicach połowy, bo przecież i tak wiem, co usłyszę. A tu trzeba zamilknąć. I na zewnątrz i wewnątrz. Nawet, jeśli argumenty drugiej strony wydają Ci się totalnie z dupy, to nie obalaj ich w głowie, zanim ich do końca nie wysłuchasz. Jak już wysłuchasz – spróbuj zrozumieć. Co takiego powoduje, że najbliższy Ci człowiek myśli/chce/czuje właśnie w ten sposób? Nie wiesz? Zapytaj… I tak właśnie “od słowa do słowa narasta rozmowa”. Wcale nie uważam, że pary powinny się we wszystkim zgadzać, ale uważam, że powinny podjąć wysiłek żeby zrozumieć, dlaczego u diabła on/ona tak, a nie inaczej chce?

OCZEKIWANIA
Ten temat domaga się w mojej głowie oddzielnego posta. W przelotowym skrócie: możesz mieć oczekiwania jakie sobie chcesz, ale to, czy ktoś je spełni, zależy od niego. Jest człowiekiem. Ma prawo podjąć własną decyzję. Możesz oczekiwać od niego, że będzie Cię częściej przytulał. Pewnie warto mu o tym powiedzieć, bo inaczej skąd ma wiedzieć? Może spełnić Twoje oczekiwania, ale może też tego nie zrobić. Jeśli nie zrobi – Ty możesz zrobić co najmniej dwie rzeczy (podaję skrajne możliwości):
– założyć, że ma złe intencje, już cię nie kocha i należy go zostawić (albo tak zatruć mu życie, żeby sam zostawił)
– olać temat i stwierdzić, że generalnie to dobrze Wam się razem żyje, więc jakoś da się żyć bez przytulania.
Czego nie ma sensu robić na pewno? 5 razy dziennie przypominać, że Twoim oczekiwaniem jest, żeby więcej przytulał. Bo nie będzie przytulał i patrzeć też mu się nie będzie chciało. Jeśli to przytulanie jest dla Ciebie ważne – proponuję wrócić do pkt 1 – Rozmowa. Tam mogą znaleźć się wskazówki odnośnie postępowania z tematem.

“KAŻDY ROBI SWOJE”
Ta zasada jest dla mnie osobistym odkryciem na miarę koła. Doskonale pamiętam, kto i kiedy powiedział mi, że mam tendencję do nadmiernego brania na siebie odpowiedzialności i że powinnam mojemu mężowi zostawić przestrzeń do działania. W praktyce – radził mi ktoś – powinnam przestać mu suszyć głowę o rzeczy, których nie zrobił i NIE ROBIĆ ich za niego.
Pierwszą okazją do wypróbowania zbawiennej (nomen omen, bo udzielonej przez księdza katolickiego) rady okazały się nasze pierwsze wspólne święta. Jakoś w grudniu ustaliliśmy, że ja piekę słodkie on robi słone, ja sprzątam, a on ogarnia choinkę. I potem przez dłuższy czas nic się nie działo. Parę dni przed świętami przystąpiłam do pieczenia, on – do gotowania. Dwa dni przed świętami zabrałam się za sprzątanie. A choinki ani widu ani słychu. Dzień przed Wigilią zaczęłam się rozglądać po okolicznych choinkowniach… I wtedy przed oczami stanął mi ten nieszczęsny ksiądz katolicki ze swoją dobrą radę. Myślę sobie, “pies to drapał, w tym roku choinki nie będzie”. I nic nie mówię, choć szlag mnie w duchu trafia. Święta bez choinki. Ale jak to? Oczywiście w Wigilię rano całkiem zacna choinka zmaterializowała się w domu. Okazało się, że była już dawno zamówiona, tylko koleżka nic nie mówił “bo przecież umawialiśmy się, że ja to załatwię. To załatwiłem”. Nie wszystkie nasze historie z “umawianiem się” mają happy end. Kanapa, postument pod umywalkę i drzwi wciąż czekają, aż któremuś z nas starczy inicjatywy, żeby przeprowadzić wymianę/montaż/naprawę (czas oczekiwania liczymy czasem w latach, w lepszym wypadku – w miesiącach). Najfajniejsze jest to, że jak już się umówimy i podzielimy i ktoś powie: “tak, ja to zrobię”, to to drugie nie jęczy, nie marudzi, tylko czeka. I co najważniejsze – nie zakładamy od razu, że “ona tak celowo tego nie robi”. Wierzymy nawzajem w swoje dobre intencje (bo w końcu komu innemu ufać?).

Dajmy sobie nawzajem prawo do zmęczenia, zniechęcenia. Bycie z drugą osobą jest cholernym wysiłkiem – i nie zawsze popłaca. Ale te kolejne levele, te punkty doświadczenia, to momenty, kiedy udaje się dogadać i wszyscy są szczęśliwi, te rozmowy w kuchni, kiedy naprawdę SŁUCHAMY i nagle dowiadujemy się o sobie czegoś nowego (a jesteśmy ze sobą szmat czasu i wydawało nam się, że to tylko “stare biedy”), to krzepiące poczucie, że umówiłam się że on to zrobi i już nie muszę się o to martwić. To wszystko sprawia, że pomimo, iż nie wierzę w owocową teorię dwóch połówek, to mam momenty, kiedy myślę, że znalazłam swoją.