Opublikowano: 15 września 2014 o 22:19

Wspólnie żyć, aby prze-żyć.

szczęśliwy związek

Zanim zaczniemy w ogóle rozważania o pracy nad szczęśliwym związkiem, ustalmy może, co to dla Ciebie znaczy – związek szczęśliwy. Jeśli się okaże, że wcale nie myślimy o tym samym, szkoda Twojego czasu na czytanie tego tekstu.

Jak dla mnie, szczęśliwy związek (mówimy o takim związku z określonym stażem, a nie o tym wstępnym zamroczeniu endorfinami) to taki, w którym nie huśta. Nie ma rozpaczy, nie ma karczemnych awantur, po których następują długie ciche dni. Nie ma sytuacji, w której jedno z partnerów przez dłuższy czas po prostu cierpi. UWAGA: często oznacza to również, że w takim związku rzadziej zdarza się euforia, nie ma motyli w brzuchu. Jednym słowem: wieje nudą. Wieje też czymś innym: zrozumieniem, wsparciem, otwartością na rozmowę z drugą stroną i przyjmowanie jej perspektywy. Wieje wzajemną troską, spokojem i poczuciem bezpieczeństwa. Mdli Was od tej słodkości? Jeszcze nie? To czytamy dalej.

Skorośmy już ustalili jaki jest stan “na wyjściu”, to spróbujmy przeanalizować, jak do niego dojść. Otóż przede wszystkim należy spokojnie przeżyć ten okropny czas na początku, kiedy wszyscy są zakochani, endorfiny zalewają mózg, nikt nie myśli racjonalnie (nikt nie myśli w ogóle tak właściwie) i w ogóle jest parszywie. Jak już obronną ręką wyjdziemy z tego okropnego okresu – przed nami świetlana przyszłość. Drobnym drukiem dopiszmy: pod warunkiem, że względnie dobrze się dobraliśmy (choć nikt nie wie, co to znaczy “dobrze dobrani”). Nie wierzę w jabłka, pomarańcze i inne żywieniowe metafory. Ostatnio w Wysokich Obcasach niejaki Wojciszke powiedział: “Dobry związek nie zależy od tego jacy ludzie są, tylko jak się zachowują”. Houk.

Jako, że ja sama swój związek określam jako szczęśliwy (mężu – jeśli to czytasz – mam nadzieję, że nie prezentujesz teraz skwaszonego uśmieszku) i znam kilka takich szczęśliwych związków – usiłowałam wyizolować jakieś czynniki, które na to wpływają. Oprócz niewątpliwie układu genów, układu gwiazd w dniu naszych narodzin (a może poczęcia?) oraz rodzin z nieposzlakowaną opinią do dziesiątego pokolenia wstecz, są też czynniki, na które MAMY WPŁYW. I wcale nie wiadomo, czy cieszyć się, czy płakać.

Pierwsza rzecz: ZALEGALIZOWAĆ.
Czy w kościele, czy w urzędzie, czy w wiosce Wikingów. Nie ma znaczenia. Ważne jest, żeby się wobec siebie do czegoś zobowiązać. Żeby sobie powiedzieć (przy świadkach), że chcemy być razem. Najdłużej jak się da. Po co to? Żeby rozstanie nie było pierwszą opcją jaka przychodzi do głowy podczas kłótni. Bo takie zobowiązanie, to jest dane słowo. W biznesie to się nazywa “bariera wyjścia”. Uważam, ze takich barier nam potrzeba. Bo to one trzymają nas w ryzach, kiedy jest trudno. Ja już nie wspomnę o kredycie czy dzieciach – to jest dla hardkorów. Wersja “medium” to jest jakiegoś rodzaju ślub. A jaki – to już naprawdę Wasza sprawa.

Druga rzecz: NIE PRAĆ BRUDÓW PUBLICZNIE
Do białej gorączki doprowadza mnie, kiedy jakaś para publicznie na siebie wyrzeka. Dopóki jest to żartem – pół biedy. Tylko trzeba pamiętać, że te żarty często są bolesne dla drugiej strony. I kupa. My mamy żelazną zasadę: przy obcych sobie nie docinamy. A kiedy komuś się zdarzy, to potem najczęściej przeprasza, bo zazwyczaj okazało się, że niezależnie od dobrych intencji (wiadomo, gdzie znajduje się większość z nich, prawda?) udało się zrobić przykrość drugiej stronie. Z zasady tej wyłączone są rozmowy z przyjaciółmi. Pod warunkiem, że celem jest znalezienie rozwiązania, a nie wylanie wiadra pomyj. Na szczęście mamy przyjaciół, którzy skutecznie blokują irracjonalne zarzuty krzepiącym: “No teraz to już przesadziłaś”.

Trzecia rzecz: RANDKI
O Boziu jaki to mądry wynalazek. Definicja randki: sensownie zaplanowany czas tylko dla siebie. Co w praktyce oznacza: wyjście do knajpy, wyjście do kina, wyjście na spacer, wyjście na rolki, wyjście na basen (nie wszystko na raz, bo jeszcze Was zemdli od tego romantyzmu). Jeśli na wyjście nie mamy ochoty, albo nie ma z kim zostawić Koleżki, to planujemy randkę w domu. Kupujemy lub robimy dobre jedzenie, oglądamy film, pijemy wino (chyba, że ktoś akurat jest w ciąży, to on nie pije), a potem… różnie…
No właśnie… Jak jeszcze mieszkaliśmy w maleńkiej kawalerce w Warszawie, postanowiliśmy sobie zorganizować domową romantyczną kolację w święto walenia tynków. Była sałatka z awokado i krewetek, był pyszny pieczony pstrąg po azjatycku, a potem… było wielkie spanie z chrapaniem wskutek przeżarcia. Dobra praktyka: jeśli ma być jakieś potem, zróbcie lżejszą kolację.
W ogóle to nie do przecenienia jest randka w stylu: “kolacja ze śniadaniem”. Wiem, że nie zawsze jest na to kasa (szczególnie przy dzieciach) i możliwości logistyczne (szczególnie przy dzieciach). Jakby się Wam jednak udało odłożyć coś niecoś – zainwestujcie w “noc związku”. Zwróci się. Czasem w postaci kolejnych dzieci, ale to już insza inszość.

Na pewno jest jeszcze wiele rzeczy, które można zrobić, żeby było nam wspólnie lepiej. W następnym odcinku przeczytacie o takich stworach jak: “Rozmowa”, “Oczekiwania”, “Branie odpowiedzialności”.