Opublikowano: 25 grudnia 2012 o 21:18

Zacznij zanim skończysz

meta

Kiedyś (ale tylko przez chwilę) miałam ochotę na bieganie. Oczywiście zanim zaczęłam, przeczytałam sporo na ten temat, zasięgnęłam języka u znajomych biegaczy i ….uświadomiłam sobie, że nie mogę zacząć biegać bez odpowiedniego przygotowania. Nie mam dobrych butów, a bez nich siądą mi stawy. Nie mam dobrych dresów – przecież muszę jakoś wyglądać. Słuchawki od mojej mp3 są niewygodne i wypadają mi z uszu. A tak w ogóle – to gdzie ja będę biegać? Po lesie boję się sama, po asfalcie czy chodniku nie mogę, bo nie mam dobrych butów… no – wiecie o co chodzi?

Nie zaczęłam biegać. Głównie dlatego, że nienawidzę biegać. Nie cierpię. I nie wiem czemu przez chwilę chciałam. Akurat bieganie mogłam sobie spokojnie odpuścić. Ale niejednokrotnie  jestem w sytuacji, w której nie mogę odpuścić. Stoję przed jakimś zadaniem i robię co mogę… żeby go nie zacząć. Szukam argumentów żeby nie zaczynać i/lub wskazówek jak najlepiej zacząć. A czas płynie…I się marnuje.

Czasem nie zaczynam bo sobie myślę, że i tak nie zrobię tego perfekcyjnie, to po co w ogóle zaczynać. Tak było z tym blogiem – za każdym razem jak o nim myślałam, to łapałam się na wymyślaniu wymówek: “i tak nikt tego nie będzie czytał”, “nie mam czasu”, “nie będę miała tylu pomysłów”.  Inny przykład: obiecywałam sobie niejednokrotnie, że zacznę sobie codziennie gotować. Jak mi poszło? Jak zwykle – nie chciało mi się zacząć. Więc nie gotuję, mimo, że chcę.

Pewnie sami macie wiele takich rzeczy, odkładanych na “święte nigdy”: dieta, ćwiczenia, samodzielna nauka języka, generalne porządki, kompleksowe badania lekarskie – niby trywialne, a wpędzają nas w poczucie winy (nie dbam o siebie, nie dbam o dom – w ogóle jestem do chrzanu, bo nie umiem się zmotywować). Co robić?

Radykalnie zmniejszyć wymagania i wdrożyć metodę małych kroczków.  Na przykład:  gotować dla siebie raz w tygodniu, sprzątać coś drobnego każdego dnia (jedna szafka dziennie, to żadna praca, prawda?). Bieganie, czy nauka języka wymagają innej strategii – codziennie (no – co drugi dzień :-)), ale po troszku. Najpierw 15 minut biegania, 30 minut co drugi dzień z książką od języka. Zapiszmy sobie to w kalendarzu jako normalną rzecz do zrobienia: “środa: 15 minut biegania“. Po co? Żeby móc to wykreślić jak już to zrobisz. To taka ulga. Czasem się okazuje, że w przedziwny sposób czas się uwalnia, strach się ulatnia i możemy biegać dlużej, udaje się wiecej sprzątnać, a w gotowaniu najzwyczajniej nabieramy wprawy i idzie szybciej. Ten okres przejściowy, kiedy się zmuszamy, jest konieczny. I nawet jak zarzucimy nasze dobre zwyczaje na tydzień czy dwa – to i tak trzeba by do nich wrócić. Bo inaczej będzie nam towarzyszyło dojmujące poczucie porażki. No chyba, ze dana rzecz przestała być ważna/potrzebna. Ale to już kwestia priorytetów, a to zupełnie inna historia.

PS.Kiedy pisałam ten post, przypominała mi się jakaś książeczka z dzieciństwa, która miała morał: “kończ coś zaczął”. Może ktoś z Was pamięta, jaki mógł być tytuł?

Photo credit: jayneandd / iwoman / CC BY