Opublikowano: 10 lipca 2016 o 15:56

Znajdź swoje szczęście #1. Niezawodny sposób na przedłużenie… życia.

pexels-photo-26135

Codziennie rano:
– Mamo, wychodzimy, bo nie zdążymy się spotkać z panem od krasnoludków – niecierpliwi się Dziecko nr 1
– Synu. Pan od krasnoludków o 7.30 wychodzi z kościoła, a potem idzie kupić gazetę i bułki. Spotkamy go po drodze.

Jakieś 5 min później.
– Dzień dobry Pani Marto. O. Ma pani dziś taką wiosenną bluzkę. Bardzo dobrze w niej Pani wygląda. Cześć K. [męski uścisk dłoni, Dziecko nr 1 wybiera dłoń losowo]. Dobrego dnia Wam życzę!

Historia pana od krasnoludków.
Kiedy byłam w zaawansowanej ciąży, a potem rok na macierzyńskim, codziennie rano odprowadzałam Dziecko nr 1 do przedszkola. Najpierw z brzuchem, potem z chustą, potem coraz częściej z wózkiem, a teraz znów chodzimy tylko we dwoje. I właściwie codziennie spotykamy pana, który zaczął nam się kłaniać, my się odkłanialiśmy [my=ja, jako reprezentantka rodziny], a potem codziennie ucinaliśmy krótką pogawędkę [krótką=dosłownie 2-3 zdania]. Krasnoludkami zostaliśmy zimą, gdyż Dziecko nr 1 przechodziło ją w czerwonej kurtce (z niejakim Zygzakiem McQueenem), a ja w malinowym płaszczu oversize. I – pomimo zmiany kolorystycznej – wciąż jesteśmy krasnoludkami. Choć coraz częściej Pan Andrzej (bo już wiemy jak się nazywa), zwraca się do nas po imieniu.

Historia Iwony
Szkołę rodzenia przy Dziecku nr 1 znalazłam w googlach. Poszłam na pierwsze zajęcia i się zakochałam w…położnej prowadzącej zajęcia. Zakochałam się na tyle mocno, że zaraz po zajęciach postanowiłam sformalizować nasz związek. Najpierw zaproponowałam jej, że poprowadzę zajęcia z baby bluesa. Popatrzyła na mnie jak na tego zająca na radzieckiej granicy (tego, co się tłumaczy, że nie jest wielbłądem). Ale, że kobietom w ciąży się nie odmawia…. to prowadzę te zajęcia nieprzerwanie od 5 lat :-). A z Iwoną się przyjaźnię i niejeden fajny projekt razem zrobiłyśmy. I niejeden zrobimy. A jak którejś z nas było trudno w życiu, to siadałyśmy u nas w kuchni i zarządzałyśmy sytuacją.

Na szkole rodzenia poznałam jeszcze dwie dziewczyny, z którymi wciąż jestem w dobrych relacjach. Zaczęło się od jakichś takich zwykłych rozmów o wózkach, chustach i pieluchach. Teraz widujemy się regularnie i zdecydowanie tworzymy sobie “sieć wsparcia społecznego”.

Historia Agi
Poznałam ją w przedziale pociągu relacji Warszawa-Gdańsk. Nie pamiętam, jak to się stało, że przegadałyśmy całą drogę. Od tamtego czasu byłyśmy regularnie w kontakcie, aż pewnego dnia okazało się, że obie jesteśmy w zagrożonej ciąży. Obie poroniłyśmy. Obie trudno dochodziłyśmy do siebie. I Bóg mi świadkiem, że wiele razy mu dziękowałam za to, że poznałam ją w tym pieprzonym pociągu. Że moja potrzeba gadania ze wszystkimi trafiła na nią właśnie, bo dostałam od niej tyle wsparcia, tyle szacunku, tyle zrozumienia.

Aha, żeby nie było: swojego zdrowego syna urodziła dosłownie 2 miesiące po tym, jak ja urodziłam Dziecko nr 1 :-)

Historia porannego obchodu
Od czego zaczynacie dzień pracy? Bo ja od odpalenia komputera, umieszczenia żarcia na dany dzień w lodówce, zrobienia sobie kawy i …rundki po biurze. Mamy specyficzne biurko, które można obejść korytarzem dookoła. Idę więc na obchód, wchodzę do każdego pokoju, witam się, z niektórymi od razu załatwiam jakieś kwestie (jeśli akurat pracujemy nad czymś wspólnie), innych pytam o samopoczucie (zazwyczaj ktoś jest w ciąży, bo to babska firma), o coś prywatnego (jeśli akurat wiem, że coś jest dla niego ważne). Tak mniej więcej wiem, kto i czym żyje. I generalnie – naprawdę ich lubię. I wiesz co? Jak jest jakiś fakap, jakaś trudna sytuacja, nawet konflikt, to jest mi kurna łatwiej. Bo stoją za mną relacje, rozmowy, wspólne zainteresowania. Więc jeśli się źle dzieje, to mam kapitał, na którym mogę pracować, żeby trudną sytuację rozwiązać. Bardzo polecam.

Historia mnóstwa innych ludzi.
Pani Jola z warzywniaka, która zawsze wiedziała, że chcę cytrynę z grubą skórką.
Pani Teresa z biblioteki, która za zasłoną trzymała nowe książki i odstawiała je na półkę dopiero jak je przejrzałam i zdecydowałam co chcę wypożyczyć.
Pani Basia z kiosku, która wie, że jak kupuję GW to chcę tylko Wysokie Obcasy, a gazetę można komuś oddać.
Pani Ela – nasza pediatra, która podaje nam grafik swoich dyżurów na pogotowiu, “na wszelki wypadek, gdyby coś stało się w weekend”
Pani redaktorka, poznana w autobusie, która opowiadała o dyskusyjnym klubie książki i telefonicznej poradni języka polskiego.
Panie pracujące na kasach w sklepie z owadem w logo, które mówią: “O dzisiaj bez dzieci. A co to się stało?”
Pan Romek, który robił nam remont kuchni. Zadzwonił do mnie i pyta, gdzie ma umieścić gniazdko. A ja na to: “Nie wiem, a męża nie ma w domu?” A on: “Nie nie. Mąż poszedł na randkę i prosił, żeby do niego nie dzwonić.” Zrobił mi facet dzień :-)

I można by tak wymieniać, wymieniać i wymieniać. Kelnerów, kontrolerów, konduktorów, urzędników, sprzedawców, telemarketerów, serwisantów, szewców, krawcowe, kosmetyczki, fryzjerki i wielu innych, przypadkowo, jednorazowo spotkanych ludzi, z którymi rozmawiałam z przyjemnością, którzy mnie wysłuchali i udzieli wsparcia/rady/pomocy, opowiedzieli dowcip, skomplementowali wygląd i/lub intelekt, uśmiechnęli się, kiedy to było potrzebne.

Po co ja właściwie o tym piszę?

Ano. Jak zwykle. Po to, żeby Ci w życiu było lepiej.

A co do tego ma sektor usług? Ano ma.

W WO ukazał się jakiś czas temu absolutnie genialny wywiad z Susan Pinker.

Bardzo Ci go polecam. Przeczytaj w wolnej chwili (tak z 15 minut na pewno Ci zejdzie, bo tekst długi).

To ja go może podsumuję w kliku zdaniach.

Otóż Pinker (na podstawie badań swoich i nie swoich) stwierdza, że utrzymywanie relacji OSOBISTYCH (face to face) z ludźmi (zarówno najbliższymi, jak i tymi dalszymi, w stylu pani z kiosku) to JEDYNY, powtarzam JEDYNY, czynnik, który jednoznacznie wpływa na długość życia ludzi. To znaczy, że jeśli mamy dwie osoby wychowane w podobnym środowisku, które podobnie jedzą, uprawiają sport, pracują i odpoczywają (oraz są podobnie genetycznie obciążone w kierunku różnych chorób), to ta, która utrzymuje relacje z ludźmi będzie żyła dłużej (w uproszczeniu oczywiście, bo statystycznie ja i mój kot mamy średnio po 3 nogi).

Pinker wyjaśnia, czemu tak się dzieje. Przeczytaj sobie proszę, bo nie chce mi się tego streszczać. W skrócie: w trakcie kontaktu OSOBISTEGO (osobistego, do cholery), wydzielają się hormony (oksytocyna), które mają dobry wpływ na nasze zdrowie.

A że jest to czynnik, na który masz wpływ, w odróżnieniu od wielu, na które nie masz, to ja Cię błagam. Ja Cię proszę ładnie i nieładnie. Ja Cię molestuję wręcz. Gadaj do ludzi. Do swoich bliskich w domu gadaj i pytaj ich o różne rzeczy i w ogóle spędzaj z nimi czas. Rozmawiaj w sklepie, pociągu, autobusie i wszędzie. Jeśli Ci się podoba czyjś naszyjnik albo torebka – powiedz. Jeśli ktoś wydaje Ci się sympatyczny – zagadaj. No rób te relacje cholera, bo się same nie zrobią.

I teraz wiesz, żeby nie było. Ja rozumiem, że masz jakieś swoje osobiste potrzeby i nie-potrzeby związane z kontaktem z ludźmi. Ja naprawdę wiem, że jak ma się małe dzieci, które non stop coś chcą i gadają nieprzerwanie od otwarcia oczu rano do 22 kiedy padają na twarz (czasem też mówią przez sen), to jak sobie człowiek pomyśli, że ma się odezwać do kogokolwiek, to mu się płakać chce i wyć i wrzeszczeć. I wtedy się nie odzywaj. Bo wtedy potrzebujesz być sama ze sobą. Ale na Boga, jeśli chcesz się do kogoś odezwać, o coś zapytać, o czymś pogadać, to nie zastanawiaj się pierdylion minut, bo “co on o mnie pomyśli”, “a to głupio tak się odzywać”, “a może ona nie chce ze mną gadać” itd itd itd. Tylko się odezwij. Jak ktoś nie będzie chciał gadać, to albo Ci to sam powie, albo szybko będzie widać.

I następnym razem, jak spędzisz popołudnie w pociągu na rozmowie, zamiast na STRASZNIE WAŻNYCH RZECZACH, to nie myśl, że to marnowanie czasu. To profilaktyka nowotworów i chorób serca.

A teraz, w trosce o zdrowie publiczne, podziel się postem ze swoimi znajomymi.

Dziękuję!

To był pierwszy post z cyklu “Znajdź swoje szczęście”. Wstęp do cyklu znajdziesz tutaj.