Opublikowano: 17 lipca 2016 o 12:03

Znajdź swoje szczęście #2 – Uwierz mi. Nie potrzebujesz żadnego rytmu dnia.

nature

Zanim się napienisz na mnie, że to nie prawda, że cykl, że rytm, że powtarzalność, produktywność, efektywność przyszłością narodu i w ogóle kartofelki, przeczytaj następne zdanie.

Nie potrzebujesz rytmu. Ale możesz go mieć, jeśli chcesz. Dziękuję za uwagę.

Nie pamiętam już, kiedy ostatnio moje życie miało rytm. Coś mi się zdaje, że w ogólniaku. Wstawałam rano, ogar, śniadanie, i do szkoły. Po południu nauka. Jakieś spotkania z koleżankami, z chłopakiem (sympatią, kawalerem – jak uporczywie nazywała ich moja babcia). Same old. Same old.

Odkąd wyjechałam na studia (13 lat temu), rytm już się nie powtórzył. I całkiem do niedawna wydawało mi się, że to ŹLE. Że to strasznie, beznadziejnie i w ogóle tragicznie. Że nie osiągam pełni swoich mocy przerobowych, bo nie jestem przewidywalna, regularna i w ogóle. Czym to skutkowało? Okropieństwami jakimiś.

Na pierwszych latach studiów usiłowałam się uczyć “jak najwięcej”. Efekty były opłakane. Dopiero koło trzeciego roku zaczęłam powoli załapywać, że z niewolnika nie ma robotnika. Ale i tak do niedawna żyłam w przekonaniu, że jakbym miała codzienny rytm, to robiłabym więcej, lepiej, efektywniej i już na pewno byłabym Mateuszem Grzesiakiem w spódnicy (tak tak, wkurza mnie ten facet).

I tak gdzieś od dekady usiłowałam jakiś rytm wdrożyć. Próbowałam pracy w nocy, pracy rano, pracy po południu, pracy przed południem. Próbowałam też planować, ile czasu powinnam pracować danego dnia itd itd itd.

I wiesz co? Każdy jeden system mi się sypał. Czemu? Bo zmieniała się pora roku, bo moje dzieci rosły i nie chciały spać tak dużo w ciągu dnia, bo zmieniały mi się zadania/wyzwania zawodowe, bo miałam gorszy okres i nic mi się nie chciało, bo wyjeżdżałam na wakacje, bo wracałam z wakacji, bo…. jeszcze 1000 innych powodów. Przez jakiś czas wierzyłam, że to kwestia słabej woli. Więc jak będę miała tę wolę silniejszą, to na pewno podołam. Więc próbowałam i próbowałam. I gówno z tego było.

Dziś spieszę do Ciebie z dobrą nowiną. Jak Maryja do Elżbiety (chociaż ona w sumie miała większy news). Nie musisz mieć rytmu dnia. Ale żeby go nie mieć, i wciąż mieć jakieś poczucie satysfakcji z wykonanej pracy, musisz dobrze znać swój organizm. I go słuchać. A nie gwałcić. Skąd masz wiedzieć, czy go znasz? Odpowiedz szczerze na pytania poniżej.

Czy wiesz, jaka ilość snu jest dla Ciebie optymalna?
Badania pokazują, że optymalna ilość snu bardzo zależy i od genetyki ludzia i od sytuacji, w jakiej ludź się znajduje (więcej pisałam o tym tutaj). Ale każdy z nas ma jakiś taki przedział pi razy drzwi, który jest OK. Po czym poznasz, że trafiłaś? Bo będziesz miała wystarczającą ilość energii, żeby przeżyć cały dzień (przy założeniu, że jesteś zdrowa). Pamiętaj o tym, że czasem czujesz się śpiąca nie dlatego, że spałaś za mało, ale dlatego, że spałaś za dużo (to wspaniałe uczucie po drzemce, która miała trwać 20 min, trwała godzinę, a jak się budzisz, to nie wiesz gdzie jesteś i jaka jest pora dnia. Znasz to?) Nie licz na to, że ustalisz sobie ilość snu raz na zawsze. Wszystko zależy od: pory roku (zimą więcej śpimy, wiadomix), fazy cyklu menstruacyjnego, ilości pobudek w nocy (heloł mamuśki), i różnych innych. Więc aktualizacja ilości snu wypada mniej więcej raz na kwartał. Ale jak utrafisz, to przez 3 miesiące cieszysz się sporą dawką zupełnie darmowej energii i koncentracji.

Czy wiesz, o której powinnaś wstawać, żeby czuć się dobrze?
Ilość snu, to jedno. A godziny, w których się odbywa – drugie. Ja mam optymalny czas zasypiania ok 23.00 a wstawania koło 5.00. Nawet trochę wcześniej. Chyba, że w nocy wstawałam do dzieci więcej niż raz, wtedy dosypiam do 6.30. A Ty masz jak? Nie chcę Cię martwić, ale z największym prawdopodobieństwem masz tak jak większość, czyli powinnaś się kłaść przed północą (sen głęboki, utrwalanie śladów pamięciowych i takie tam inne). Jak to robić? O tym pisałam tutaj.

Czy wiesz co możesz jeść, a czego nie? Czy wiesz, ile powinnaś jeść?
Nie będę Cię namawiać do jedzenia lub niejedzenia czegoś konkretnego. Ja jem wszystko (no prawie). To czego nie jem nie wynika z jakichś odgórnych założeń, tylko właśnie z obserwacji. Nie jem pomidorów i truskawek, ani papryki i pieczarek. Aha. I kaszy jaglanej nie jem – bo mi szkodzi (serio!). Nie piję mleka. Czemu? Bo kiedyś poskarżyłam się mojemu bratu, że rano trudno mi się rozruszać a on poradził mi, żeby do kawy nie dolewać mleka krowiego. Bo jego trawienie zużywa mnóstwo energii. Miał rację.
Swoje posiłki różnicuję w zależności od pory roku. Latem jem dużo nabiału, na który nie mogę patrzeć zimą. Zimą jem mnóstwo mięsa, którego właściwie nie jem latem. I niezależnie od pory roku jem mnóstwo kwaśnych rzeczy. Czemu? Bo wiecznie mam na nie ochotę.
I najważniejsza rzecz, której nauczył mnie mój organizm: jem ZANIM zgłodnieję. Bo jak zgłodnieję, to jem za dużo, potem skacze mi cukier i chce mi się spać.
Ale wiesz, Twój organizm może mieć zupełnie inaczej. Musisz go sama ogarnąć.

Czy wiesz, kiedy organizm domaga się odpoczynku a kiedy prokrastynuje?
Nie umiem ci powiedzieć, skąd ja to wiem, ale nauczyłam się rozpoznawać sygnały płynące ze środka mnie i wiem już kiedy mi się po prostu nie chce, a kiedy potrzebuję odpocząć. I na te “po prostu nie chce” mam różne strategie w stylu: tylko zacznij (na przykład tego posta mi się nie chciało, a siedzę nad nim już od 40 minut). A kiedy czuję, że potrzebuję odpoczynku, to po prostu nic nie robie albo robię tylko to, co ma absolutny deadline na już (rzadko mam takie rzeczy, bo zazwyczaj działam z dużym wyprzedzeniem). Ostatnio miałam taki czas u moich rodziców i czułam, że po prostu nie mogę pracować. Zrobiłam wiec tylko to, co absolutnie musiałam, a potem leżałam na trawie i siedziałam na progu i patrzyłam przed siebie. Bardzo było mi dobrze. I rzeczywiście odpoczęłam. Bo jeśli odpoczywam świadomie, to się szybciej ładuję. Jeśli próbuję się zmusić do pracy, to de facto udaję, że pracuję. A potem mam zaległości, więc udaję, że odpoczywam. Bez sensu.

Czy wiesz ile i jakiego ruchu potrzebujesz? Czy dbasz o to?
Tak tak. To ja mówię. Przeciwniczka biegania i wąchania dywanu (w sensie ćwiczeń w domu). To całe słuchanie organizmu spowodowało, że któregoś dnia poczułam, że coś w moim środku woła rozpaczliwie: “ruszaj się proszę, bo padnę”. I zobaczyłam, że wiele mojego zniecierpliwienia i nawet takiej złości pochodziło właśnie z tego, że się nie ruszałam. Godzinę dziennie spędzam na chodzeniu. Dodatkowo chociaż raz w tygodniu staram się wyjść na rolki albo coś. Im dzieci będą starsze, a moja praca bardziej “na swoim”, tym częściej zamierzam to robić. I tutaj też musiałam sobie poradzić z takim głupim przekonaniem, że “albo się ruszasz regularnie albo w ogóle”. A gówno prawda. Ruszam się wtedy, kiedy chcę i kiedy akurat mogę. I zamiast się biczować, że robię to za rzadko, cieszę się z tego, że w ogóle to robię.

Czy wiesz, jakie pory dnia są dla Ciebie dobre do różnych zadań?
Jest trochę badań, które pokazują, że rano to matematyka, analityka itd, a wieczorem rzeczy bardziej twórcze. Zdaje się, że to dlatego, że zmęczony mózg może być bardziej twórczy, niż taki świeżo wyspany. Ale to – jak wszystko – zależy od posiadacza mózgu.
Ja mam tak, że rano przede wszystkim sprawy naukowe, a po południu jakieś kreatywne np blog. Czyli rano mogę analizować wywiady, pisać doktorat. A po południu szykować posty, teksty, prezentacje. Żeby usiąść do czegoś późnym wieczorem, to muszę mieć mega motywację np deadline albo coś co mnie baaardzo kręci. Niebezpieczne jest to, że tak koło 22 dostaję wiatr w żagle. A potem następnego dnia nie mogę dojść do siebie, bo kładę się później niż powinnam. Więc z pracy wieczorno/nocnej korzystam rzadko. Zresztą wieczór, to taki mój sakramentalny czas dla meża i/lub dla mnie samej.

No dobra dobra Borkowska. Ale coś tu chyba nakręciłaś. Najpierw mówisz, że nie potrzebujesz żadnego rytmu, a potem nagle mówisz, ile godzin snu i że rano to matma. No to się zdecyduj kobieto. Masz ten rytm, czy nie?

Ano nie mam. Nie mam. Znam swoje warunki brzegowe, mam pewne zasady, ale rytm to to nie jest. I nie będzie. To raczej wychodzenie naprzeciw potrzebom mojego organizmu. A że one często są przewidywalne, to już zupełnie inna para kaloszy.

Powiem Ci, że z “słuchania organizmu” jest nawet większa korzyść niż ta efektywność, od której zaczęłam. To jest MIŁOŚĆ DO SIEBIE. Taka wyrozumiałość i szacunek. Uwierz mi, jak się dogadasz ze swoim organizmem, to będziecie wspólnie robić fajne rzeczy, jak będziesz działać mu wspak – to on odpłaci Ci pięknym za nadobne.

Dzięki, że dotrwałaś do końca. Jeśli przeczytałaś coś, co może się przydać nie tylko Tobie, podziel się tym postem na fejsie. Dziękuję! Pomagasz mi dotrzeć do wielu ludzi. A chciałabym, żeby coraz więcej osób – szczególnie kobiet – było świadomych potrzeb swojego organizmu. I żeby się lepiej traktowały. Bo na razie to z tym różnie bywa. Nie?