Opublikowano: 7 maja 2017 o 09:24

Życie pełnią życia to wcale kurna nie jest ściema. Mam na to swój sposób.

laugh

Zanim napiszę, co mam napisać, to opowiem Wam 3 historie. Wszystkie zupełnie świeżuteńkie.

Poszliśmy z B. na kolację. W menu – świeże ostrygi. Koniecznie chciałam spróbować. Przyszła bardzo kompetentna kelnerka, wyjaśniła co i jak i na koniec mówi: “najczęściej ludzie trzymają je w ustach i potem od razu połykają, ale jeśli Państwo rozgryzą – choć to wersja dla odważnych – to poczują Państwo cały ocean.” Po takiej metaforze zdecydowałam, że chcę być odważna. Rozgryzłam ostrygę, a tam…słoność morskiej wody, aromat świeżej ryby, jakieś gloniki, troszkę piasku. Czy to było smaczne? Nie wiem. Czy było wyjątkowe – tak bardzo. Smak czułam w opuszkach palców. Fajne doznanie.

Przygotowywaliśmy z kolegą z pracy prezentację na konferencję. Tak nas naszło, żeby zrobić ją odnosząc się do zespołów jazzowych. Znaleźliśmy przykład świetnego jazzu i szukaliśmy przykładu beznadziejnej gry orkiestry. Znaleźliśmy filmik (dam Wam link na końcu, obiecuję, ale teraz nie wrzucę bo mi się rozproszycie). Po pierwszych taktach zaczęłam się śmiać, a potem w miarę jak upływały kolejne sekundy tego kooooszzzmarnego wykonania śmiałam się tak bardzo, że nie mogłam już wytrzymać. Czułam, jak to rozbawienie przeradza się w taką właściwie pierwotną radość i jak dociera do każdej komórki mojego ciała, jak ściska mi przeponę, sprawiając, że nie mogę już złapać oddechu. I w pewnym momencie jestem już trochę w takim transie i śmieję się tak strasznie, że nie mogę przestać. Siadam na podłodze, zalewam się łzami ze śmiechu, przychodzi pół firmy, żeby zobaczyć czemu ja się tak strasznie śmieje, oczywiście to jest zaraźliwe, więc potem śmieją się wszyscy, nie dlatego, że nagranie jest śmieszne, ale dlatego, że emocje zarażają. Byłam potem tak strasznie zmęczona i jednocześnie czułam się….wolna, oczyszczona. Ciekawe doświadczenie.

Tuż przed świętami Wielkanocy zdarzyło się kilka rzeczy, które spowodowały, że wpadłam w taki osobisty kryzys. Zachwiało mną w podstawach. Bardzo bardzo rzadko mi się to w życiu zdarza. Pamiętam, że jadąc na święta do rodziców obiecałam sobie, że nie będę z tego kryzysu wychodzić. Świadomie postanowiłam zanurzyć się w tych emocjach, uczuciach, myślach, bo – jak już wiele razy Wam mówiłam – mam mocne przekonanie, że rozwój dokonuje się w kryzysach. Doszłam do wniosku, że skoro tak mocno mnie wzięło, to muszę z tego skorzystać. Trzymało mnie przez dobre 3 tygodnie. Starałam się funkcjonować w miarę normalnie. Raz na 2-3 dni robiłam sobie takie… spa…albo właściwie jego odwrotność. Siadałam i zanurzałam się znów w tych emocjach, myślach, uczuciach. Zadawałam sobie pytania, znajdowałam w sobie odpowiedzi. Aż w końcu poczułam, że już dalej sama nie pójdę, że doszłam do granicy tego, co wiem o sobie i tego, co umiem w sobie zmienić. Zadzwoniłam do mojej coachki. Poszłam do niej trochę przerażona, bo wiedziałam, że taki proces boli. No boli. Ale się udało. Znalazłam odpowiedzi na te pytania, na które nie umiałam odpowiedzieć sobie sama. Podjęłam konkretne decyzje. I kiedy je podjęłam, natychmiast poczułam, jak w miejsce napięcia, złości, smutku, który aż zapierał dech chwilami, pojawia się najpierw ulga, potem satysfakcja, a potem po prostu radość. Bo poszłam kawałek dalej, bo świadomie zdecydowałam o zmianie, bo kurna wyszłam obronną ręką z trudnej dla mnie sytuacji. Wzięłam za siebie odpowiedzialność.
Ile mi to dało w kolejnych dniach odwagi, radości, poczucia skuteczności. Coś niesamowitego.

I dzisiaj chcę Wam powiedzieć, czego się dowiedziałam o życiu przez ten czas. Otóż zrozumiałam, że – przynajmniej dla mnie – życie “pełnią życia”, to nie jest kwestia podróży, próbowania nowych rzeczy, przekraczania własnych granic, wychodzenia z (sic!) strefy komfortu itd itd. Dla mnie to jest kwestia przeżywania tego, co mi się w życiu zdarza. A szczególnie kwestia doświadczania emocji.

Przyzwyczailiśmy się traktować emocje jak “te gorsze”, bo przecież rozum, bo przecież racjonalne decyzje, bo przecież “emocje są złym doradcą”. A to zupełnie wcale nie jest tak. Emocje są od tego, żeby dać nam znać, że coś jest “nie tak”, szybciej, niż zdąży rozum (wszystko dlatego, że impulsy nerwowe przewodzące podstawowe emocje biegną szybciej niż impulsy do kory mózgowej, odpowiedzialnej za “rozum” – z tego miejsca przepraszam wszystkich neuro-ludzi za uproszczenie). I jak nie będziesz korzystać z tej informacji, to możesz podjąć złą decyzję. Bo rozum wymyśli Ci wszystko, a emocje powiedzą prawdę o Tobie. Emocje, to de facto Twoja intuicja. Czasem nie umiesz powiedzieć czemu, ale “czujesz przez skórę”, że coś jest nie tak. Idź za tym, poczuj to w sobie mocniej, spróbuj odpowiedzieć sobie na pytanie, w jakiej sytuacji się tak czujesz, co to może powodować. Jeśli z taką uważnością podejdziesz do swoich emocji, jeśli będziesz wobec siebie szczery, przyznasz się przed sobą do tego, co naprawdę w tej sytuacji czujesz (nawet jeśli będzie Ci przed samą sobą głupio, nawet wstyd), to znajdziesz sposób żeby sobie poradzisz. Jeśli zaś wyprzesz intuicję, zepchniesz ją gdzieś do zakamarków umysłu, to nie będziesz mogła skorzystać z potężnego mechanizmu, który może Ci uratować tyłek. I dosłownie i w przenośni.

Mówię Ci. Następnym razem kiedy będziesz miała jakąś trudną sytuację, nie będziesz wiedziała co zrobić – wsłuchaj się w swoje emocje. Pozwól sobie je poczuć każdą komórką, zaakceptuj je (żadna emocja nie jest zła, złe to mogą być czyny, a nie to, co czujesz) i spróbuj je zrozumieć: skąd są w Tobie? po co są? co Ci mówią? a co innego mówi Ci “rozum”? jak to pogodzić?

Zobaczysz jak inaczej podejmuje się decyzje, radzi się sobie w trudnej sytuacji. Nie dajesz rady sama? Pogadaj z kimś, komu ufasz. Idź do swojej przyjaciółki i powiedz jej: potrzebuję, żebyś mnie posłuchała, muszę sobie to wszystko opowiedzieć, bo nie wiem co z tym zrobić. Jak nazwiesz swoje emocje (czyli wykonasz na nich operację “rozumem”) to będzie Ci łatwiej połączyć “rozum” i “serce” i podjąć dobrą decyzję albo po prostu poczuć ulgę, że masz prawo tak się w danym momencie czuć. I już.

I jeszcze jedno. Oprócz negatywnych emocji mamy też te pozytywne. Nie jest ich znów tak dużo (bo pierwotnie emocje są głównie od tego, żeby nas nie zabił tygrys, kanibal, wąż ani zepsute mięso). I te pozytywne mogą Cię regularnie zalewać. A to tańsze niż duża ilość alkoholu albo innego uprzyjemniacza. Pozwól sobie odczuwać radość, przyjemność, rozbawienie, satysfakcję, dumę każdą komórką ciała. Usiądź, zamknij oczy i czuj. Śmiej się jak durna do upadłego, jeśli Cię coś bawi. Jak Ci coś smakuje albo słońce świeci Ci w twarz, to zamknij oczy i rozlej sobie te emocje po całym ciele. Odlot gwarantowany.

Słuchaj. Na koniec. To nie ma nic wspólnego z “nie panowaniem nad sobą”. Granica odczuwania emocji całym ciałem jest tam, gdzie naprzeciw nas stoi drugi człowiek. Masz prawo się złościć do cna, ale nie masz prawa kogoś upokorzyć albo uderzyć. To nie chodzi o to, żeby te emocje wyrażać w niekontrolowany sposób, tylko żeby sobie pozwolić na to, żeby je czuć i podejmować decyzje w zgodzie z nimi, a nie w oporze. Czasem będzie tak, że z tym “czuciem” trzeba będzie zaczekać do odpowiedniego momentu: spokojnego wieczoru, rozmowy z przyjaciółką, półgodzinnej samotnej podróży autobusem. Uwierz mi, to kurna działa jak złoto.

I mi osobiście daje poczucie, że żyję w pełni. Że nie mogę już więcej zrobić, żeby żyć bardziej. Bo jestem tak bardzo człowiekiem, jak tylko potrafię. Coś pięknego!

No. To się wylałam przed Wami. Ale wiecie co? To była treść mojego życia przez ostatnie kilka tygodni. Bo ten kryzys przyszedł tak niespodziewanie, że nie umiałam się obronić. I wtedy pomyślałam, że zamiast się bronić, to po prostu wykorzystam. Zrobię coś dla siebie. Rozwinę się. Świadomie w sobie coś zmienię.

Mam nadzieję, że przebrnęłaś przez ten euforyczny nieco post. Liczę, że dodał Ci energii i pokazał, jak możesz potraktować swoje emocje. Będę Ci wdzięczna, jeśli podzielisz się nim ze swoimi znajomymi. Im więcej świadomych ludzi na ziemi, tym lepiej się nam będzie żyło. Jestem o tym przekonana.